wtorek, 5 września 2017

Rzeczozmęczenie




Dziś tak nietypowo zacznę od kilku pytań, na które mam nadzieję szczerze odpowiecie. Czy przedmioty, które posiadacie sprawiają Wam radość, czy też sprawiają że czujecie się zestresowani? Czy w Waszych domach wszystko jest na swoich miejscach, czy też macie takie pomieszczenia, lub punkty w domu gdzie gromadzicie wszystko co niepotrzebne i robią się z tego swoiste rupieciarnie, wymagające gruntownego uporządkowania? Gdy ktoś z domowników przynosi nową rzecz do domu cieszycie się, czy myślicie "Gdzie my to upchniemy?"? Czy posiadacie w domu tylko rzeczy, których regularnie używacie, czy też są tam takie, które "kiedyś z pewnością się przydadzą, albo kiedyś je włożycie"? Czy w Waszych szufladach panuje ład, czy może w momencie rozsunięcia wszystko samo wyskakuje?
Jeśli wybieracie raczej tę drugą opcję to najpewniej dopada Was lub też już dopadło tzw. rzeczozmęczenie. Chyba domyślacie się co to takiego? Według książki, która ostatnio wpadła w moje ręce - "Rzeczozmęcznie"Jamesa Wallmana wyd. Insignis - jest to jedno z najbardziej dotkliwych schorzeń współczesności, którego istnienie dopiero zaczynamy sobie uświadamiać. Zamiast czuć się lepiej dzięki przedmiotom, które posiadamy, czujemy się nimi przytłoczeni. Więcej rzeczy zaczyna oznaczać więcej kłopotów, obowiązków, powinności. Więcej zaczyna znaczyć gorzej. Według coraz większej liczby ekspertów i badań, posiadając zbyt wiele i prowadząc życie skupione na gromadzeniu dóbr , zaczynamy odczuwać lęk i stres, co może wpędzić nas nawet w stan depresji.  

Już na samym początku znajdziecie historię pewnego ciekawego eksperymentu. Pewien Amerykanin, o imieniu Nicodemus, postanowił spakować do kartonów i worków absolutnie wszystko co miał w domu. Gdy obudził się w swoim pokoju, poza łóżkiem nie było zupełnie nic - żadnej lampki nocnej, stolika, zdjęć. Było tylko łóżko na którym spał i prześcieradło, którym się przykrywał. Za każdym razem, gdy Nicodemus potrzebował czegoś ze swoich rzeczy musiał wyciągnąć to z kartonu lub worka. Eksperyment był zaplanowany na 21 dni, bo ponoć tyle trwa wyrabianie sobie nowego nawyku. Mężczyzna miał przekonać się ile faktycznie rzeczy naprawdę potrzebuje i czy jest szczęśliwy posiadając ich mniej. 
Ciekawa jestem czy zgodzilibyście się zrobić coś takiego i jeszcze bardziej ciekawa jestem jakie by były tego efekty. Eksperyment brzmi ciekawie, choć przyznam, że ciężko by mi było osobiście się za niego zabrać. A wiecie dlaczego? Zanim spakowałabym wszystkie rzeczy, które mam, to zima by mnie zastała. No cóż, chyba nie jestem wyjątkiem. 

Zastanawiałam się czy blogerka wnętrzarska jest odpowiednią osobą do podejmowania takiego tematu :) Bo kto jak nie my mamy milion kubków, talerzy, poduszek, kocyków, bibelotów wszelkiej maści i w ogóle, pełno wszystkiego. Jesteśmy estetkami, które lubią otaczać się tym co piękne. Lubimy zmiany i często wprowadzamy je do naszych domów. 
Był taki czas, kiedy zachłysnęłam się wszystkimi pięknymi rzeczami, które widziałam tu i tam. Chciałam mieć wszystko i kiedy to "wszystko" zaczęło zapełniać każdy kąt w naszym domu, szybko się okazało że "gdzie ja to zmieszczę". W tej chwili przestałam ślepo dążyć do tego, żeby mieć więcej i więcej, bez żadnej kontroli i opamiętania. Jeśli wydaje się Wam, że ciągle czegoś u nas przybywa, to nie mylicie się :) Pojawiają się zmiany, nowe rzeczy, ale jednocześnie te z których nie korzystam, wybywają z naszego domu. Staram się zrobić raz na pół roku przegląd wszystkiego i zastanawiam się czy nadal jest na to miejsce u nas. Kiedy wchodzę do jakiegoś sklepu to najczęściej w pierwszym momencie piszczę z zachwytu i stwierdzam, że muszę to mieć! A później zastanawiam się jeszcze pięć razy, czy aby na pewno. I wiecie co? Szczerze i bez przesady 3/4 tych moich zachwytów zostaje w sklepie. Mam swoje słabości w postaci roślin, książek i poszewek na poduszki :))) Ale i tak podlegają one w tej chwili selekcji. Ja również zauważyłam, że więcej to wcale nie znaczy lepiej. Nadmiar przytłacza. Powoduje stres co z tym zrobić, gdzie to zmieścić. Czasem czuję ogromną ulgę, że czegoś nie kupiłam, a to co się pojawia wówczas faktycznie cieszy. Choć do idealnego stanu jeszcze mi sporo brakuje. Jeszcze zdarza się chwila zapomnienia i jeszcze mam kilka pudełek, w których znajdują się rzeczy nieużywanie wcale lub zaledwie kilka razy. Całe szczęście teraz to bardziej wyjątki. Less is more! To jest chyba jedna z moich ulubionych zasad. 

Jeśli macie ochotę poczytać o tym temacie, to ta książka powinna Was zainteresować. Może dzięki niej ponownie spojrzycie na wyznawane wartości i skupicie się na tym czego doświadczacie, a nie na tym co posiadacie. Już za kilka dni będzie jej premiera :) I pamiętajcie - przeczytanych książek nigdy za wiele ;) 














wtorek, 29 sierpnia 2017

Jak wprowadzić kolor do wnętrza...czyli żyj kolorowo.


Nowy sezon nadchodzi nieubłaganie. Wszyscy, którzy choć trochę mnie znają wiedzą, że w związku z tym zawsze pojawiają się u nas jakieś zmiany. I tym razem nie może być inaczej. Jest zmiana z nastawieniem na kolor! Nadchodzą jesienne dni, chyba moja ulubiona pora roku, jeśli chodzi o przytulność w domu. W tym czasie mam zamiar odejść od monochromatycznego wnętrza, gdzie panują tylko biel, czerń i szarość. Na tej, bądź co bądź, ulubionej uniwersalnej bazie buduję żywe wnętrze, gdzie kolor jest dość dobrze widoczny. We wspólnym projekcie z IKEA, chciałam Wam pokazać nasz nowy salon. Kto już ma w rękach nowy katalog, który miał premierę kilka dni temu, ten z pewnością zauważył focus na barwne wnętrza. Odejście od białych wnętrz bardzo rzuca się w oczy.

Nowy sezon kojarzy mi się z barwami typowymi dla jesieni - zgaszonym żółtym kolorem, ciemną głęboką zielenią i złotem. Wnętrze, które doskonale znacie zamieniło się z chłodnego i minimalistycznego w ciepłe i przytulne. A zarazem nabrało klasy i elegancji, dzięki odrobinie złota. Mogę powiedzieć, że stało się trochę poważniejsze, ale nadal absolutnie nasze.
I znów w ruch poszły dodatki. Diabeł tkwi w szczegółach. Jeśli chcecie szybko odmienić wnętrze, to nie ma na to lepszego sposobu niż zmiana dodatków i odrobina kreatywności ;) Liczy się pomysł. Czasem zupełnie spontanicznie można stworzyć kompozycję, która będzie robiła efekt WOW!

Jeśli Wasze wnętrza są utrzymane w monochromatycznych kolorach, bo takie do tej pory były trendy, a szukacie zmiany w kierunku koloru, to nie musicie od razu wymieniać wszystkich mebli i malować ścian na kolory tęczy :) Przede wszystkim wyjdźcie od ustalenia kolorów. Zgodnie z Waszymi upodobaniami. Ja mimo wszystko jestem zwolenniczką pewnego ładu kolorystycznego i bałabym się wprowadzić do wnętrza dziesięć barw na raz. Wystarczy, że wybierzecie dwa lub trzy intensywne kolory i połączycie je z jakimś kolorem bazowym (jak dla mnie taką bazą jest zawsze trójca biały-czarny-szary). To połączenie musi się sprawdzić! W taki sposób będziecie mieć zarówno kolor, jak i harmonię i ład. Później podejmijcie decyzję, jakie elementy wystroju chcecie zmienić. Tak jak mówiłam nie musicie od razu wymienić wszystkich mebli i koloru na ścianach. Ale może akurat macie ochotę lub potrzebę na zmianę kanapy, czy stolika, lub ściany wymagają malowania - wówczas możecie bardziej zaszaleć. Jeśli jednak wolicie zmiany o mniejszym formacie, wybierzcie tekstylia i dodatki. Nic tak nie zmieni wnętrza jak nowe tekstylia, uwierzcie mi. Do tego dorzucicie dwa lub trzy nowe dodatki w nowym kolorze i macie nową, świeżą przestrzeń. No i pamiętajcie o zieleni! O tak! Wydaje się, że w wystroju wnętrz rośliny są na szarym końcu, a tak rzeczywiście tworzą one ogromny klimat. I bez dwóch zdań dodają koloru.

Ja na ten sezon wprowadziłam nowe tekstylia, czyli poduchy (tu,tu i tu) i pled w ciepłych barwach (tu). Jest żółty, jest zieleń, jest granat. A wszystko stonowane szarościami i czernią. Do tego kilka złotych dodatków (tu i tu). Złoto u mnie jest absolutnym ewenementem. Chyba pierwszy raz w życiu zastosowałam je we wnętrzu. Trochę się go obawiałam do tej pory, bo coś mi nie grało i miałam wrażenie, że kole w oczy. W tej chwili zdecydowanie jestem na tak. Lekki błysk przygaszonego złota nadaje przytulności i nutę elegancji. Całkiem spontanicznie wpadłam na pomysł stworzenia własnej dekoracji, a mianowicie obrazu. Rzucił mi się w oczy świetny wzór materiału (tu) i od natychmiast chciałam mieć go w formie obrazu. Postanowiłam naciągnąć materiał na duży blejtram, który miałam w domu. Wystarczyło tylko przypiąć tkaninę od spodu i gotowe. Możecie to samo powtórzyć zarówno na blejtramie, jak i w zwykłej ramie, ale opcja pierwsza jest bardziej przestrzenna i lepiej mi się podoba. Dzięki temu macie zupełnie niepowtarzalną dekorację, którą zrobicie niewielkim kosztem i to w ekspresowym tempie. Ogranicza Was tylko Wasza wyobraźnia.
Całość wykończona dużą ilością roślin. Dokupiłam kilka nowych okazów do dotychczasowych. Pojawiło się więc parę sukulentów, zupełna nowość w postaci roślinki o nazwie clusia (tu) i moje marzenie - monstera deliciosa (tu)! Wiecie, że gdy tylko spora dostawa monstery pojawiła się u nas w IKEA, to rozeszła się niczym świeże bułeczki? :) Teraz tylko trzymać kciuki, aby wszystkie przeżyły ;)

Ciekawa jestem jak jest u Was z wprowadzeniem koloru do wnętrza. Kto jest za? :) 






























niedziela, 30 lipca 2017

Weekend vibes





Jak Wam idzie realizacja weekendowych planów? U nas zazwyczaj kiepsko. Najczęściej jest tak, że coś jest zaplanowane, a później nic z tego nie wychodzi. Albo też bez planu, na totalnym spontanie robimy coś fajnego. W sumie w ten weekend tak właśnie jest. To co było zaplanowane nie wyszło, a spontaniczne wyjście przyniosło wiele radości. Rzadko mamy czas gdzieś wyskoczyć tylko we dwoje. Zazwyczaj "we dwoje" znaczy ja i nasz maluch - kino, lody, basen, wszelkie spontaniczne wypady. Ale tym razem udało się wyrwać razem z moim B. W piątek wybraliśmy się do jednej z moich ulubionych miejscówek w Katowicach. KAFEJ, bo o nim mowa, to miejsce z klimatem. Nie wiem co tam takiego jest, ale czuję się tam w pełni zrelaksowana. Siadam i delektuję się chwilą. A na dodatek wcinam pyszne jedzenie i popijam kawę, lub lemoniadę. Jeżeli będziecie kiedyś w pobliżu, to polecam Wam zajrzeć. 




Tak w temacie planowania i spontanicznych decyzji to właśnie od kilku dni w moich rękach "Droga do Ciebie" J.P. Monningera. Główna bohaterka Heather jest typem osoby, która musi mieć wszystko zaplanowane. Przed rozpoczęciem swojej pierwszej, bardzo dobrej pracy i rzuceniem się w wir kariery, wyrusza w podróż do Europy. Razem z nią jej dwie najbliższe przyjaciółki. Wycieczki zaplanowane co do dnia, bez miejsca na jakąś wielką spontaniczność. Do pewnego momentu. Tak, tak, dobrze myślicie, pojawia się pierwiastek męski :) Przystojny Jack zawróci w głowie Heather i wywróci jej życie do góry nogami. On też podróżuje z pewnym "planem". Jest nim odbycie podróży śladami swojego dziadka, które są zapisane w jego starym dzienniku. Amsterdam, Praga, Kraków, Berlin, Paryż i inne miasta. Romantyczna podróż, która wiele zmienia w życiu tej dwójki. Wspólne odkrywanie pięknych zakamarków Europy, czerpanie radości z życia i drobnych chwil spędzonych razem. Lektura bardzo przyjemna i lekka, choć muszę przyznać, że momentami ta dwójka mnie dość irytowała :) Ale chwilowo. A Wy macie już za sobą, mniej lub bardziej romantyczną, podróż po Europie? Ja częściowo. Niemniej jednak, czytając tę książkę ma się ochotę wsiąść do pociągu i ruszyć przed siebie. Może kiedyś :)






A na koniec jeszcze kilka migawek z FLORA FEST, który dziś odbył się pod katowickim Spodkiem. Ja wróciłam do domu z wymarzoną monsterą. Jest piękna. Mam nadzieję, że się polubimy, bo od dawna o niej marzyłam. Pokażę Wam ją innym razem, jak ładnie wygląda w salonie. P.S. hortensji na feście nie było :) Ale mijałam ją po drodze i była tak piękna, że musiałam się zatrzymać i pstryknąć zdjęcie.




środa, 26 lipca 2017

Angielka




Na początku chciałabym złożyć życzenia wszystkim Aniom, które do mnie zaglądają. Dużo słońca i uśmiechu dla Was. Ja dziś świętuję z widokiem na cudowne kwiaty. Zapach słoneczników unosi się w domu. Taki piękny bukiet do mnie trafił, a w nim właśnie słoneczniki, alstremeria, chryzantema, irys i przewiercień. Bukiet pełen lata, słońca i ciepła. 

A na stole nowa książka, która miała premierę kilka dni temu. "Angielka" Katherine Webb to już kolejna książka tej autorki. Przyznam, że nigdy wcześniej nie wpadły mi w ręce jej książki, ale muszę nadrobić, bo bardzo przypadła mi do gustu jej twórczość. Bohaterka powieści Joan Seabrook, to świeżo upieczona archeolożka, która spełnia marzenie swojego życia o wizycie w Arabii i udaje się do starożytnego miasta Maskat. Wyjeżdża razem z narzeczonym, mając nadzieję, że uda jej się zapomnieć o rodzinnych smutkach. Jednak jej wyjazd nie przebiega tak jak sobie zaplanowała, tym bardziej w kraju, gdzie właśnie trwa wojna. Bohaterka ma zamiar spotkać się z pionierką i odkrywczynią, Maude Vickery, którą Joan ogromnie podziwia. Vickery jest pierwszą kobietą, Angielką, która udała się w głąb pustyni. Seabrook nie ma nawet pojęcia, jak bardzo ta wizyta odmieni jej życie. Obie kobiety zaczyna łączyć przyjaźń, a Joan daje się wciągnąć w wir przygód. Poznaje też tajemnicę z przeszłości Maude, którą ta do tej pory ukrywała przed wszystkimi.

Powieść pełna egzotyki, która kojarzy mi się z baśniami "Tysiąca i jednej nocy". Mimo to pozostaje realna i współczesna. Jest również lekka i wciągająca. Doskonale trzyma w napięciu, tak że nie można się od niej oderwać, póki nie dobrnie się do końca. "Angielka" jest doskonałą okazją do poznania historii i kultury mieszkańców Półwyspu Arabskiego. Autorka w piękny sposób opisuje zarówno krajobrazy, jak i emocje głównych bohaterek. Opowiada dwie wspaniałe historie, których stajemy się częścią. To piękna powieść o silnych kobietach i ich przygodach, w środowisku bardzo im nieprzyjaznym. Jak dla mnie genialna na letnie wieczory.








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...