piątek, 28 kwietnia 2017

Lemon Resort Spa - miejsce gdzie dizajn spotyka się z naturą



Zima nie chce nam odpuścić. Jeszcze dziś spadł u nas śnieg z deszczem. Brrrrr. Już nie mogę się doczekać kiedy wreszcie będzie ładnie i ciepło. Całe szczęście udało nam się spędzić trzy cudowne dni z całkiem przyzwoitą pogodą, w pięknym miejscu, jakim jest LEMON RESORT SPA w Gródku nad Dunajcem.

Hotel ten jest typem hotelu butikowego, który zapewnia bardzo kameralną atmosferę, co jest jego ogromnym atutem zwłaszcza gdy wybieramy się na wyjazd rodzinny i zależy nam na swobodzie. Położenie Lemon Resort Spa zachwyca. Jego nowoczesna architektura i dizajn zostały idealnie wkomponowane w malowniczy krajobraz Jeziora Rożnowskiego. Ogromnego uroku dodaje znajdująca się na Jeziorze tzw. Małpia Wyspa, która stanowi rezerwat przyrody, a jej urodę można podziwiać np. popijając kawę na tarasie hotelowej restauracji.

Pokoje w Lemonie są przestronne, zadbane i w stylu, który bardzo przypadł mi do gustu. Przez kilka dni wzdychałam do betonowej ściany za łóżkiem i teraz myślę, co zrobić aby mieć taką w domu. Możecie zdecydować się na pokój typu premium, czy też któryś z typów apartamentów. Wszystkie pokoje i apartamenty są oddzielone od budynku w którym znajduje się recepcja, restauracja, czy też strefa wellness i spa, tak więc idąc na śniadanie, czy na basen trzeba się chwilkę przespacerować na dworze i z jednej strony zapewnia to spokój i prywatność, ale przy brzydkiej pogodzie stanowi mały mankament.

Restauracja w hotelu serwuje bardzo smaczne posiłki. Macie spory wybór - także dań bezglutenowych, które są wyszczególnione w karcie. Śniadania są podawane w formie bufetu szwedzkiego. Każdy znajdzie to co lubi - przyrządzane jajecznice, kiełbaski, pyszne pankejki, różne wędliny, sery, warzywa, jogurty, owoce, grannole i cała masa innych pyszności.
Mieliśmy okazję wypróbować wiosenne sezonowe menu, które było fantastyczne. Ponadto, restauracja wkrótce wzbogaci się o menu vegańskie. Już je widziałam, a nawet próbowałam przepysznego vegańskiego deseru i powiem Wam, że będzie pysznie. 
My wychodziliśmy zarówno ze śniadań, jak i obiadów z pełnymi brzuchami.

Ogromną zaletą hotelu jest MANAW SPA. To wyjątkowe miejsce, gdzie możecie się totalnie zrelaksować. Oferta MANAW jest bardzo bogata, znajdziecie przeróżne masaże i rytuały. Tajski masaż aromaterapeutyczny czy też masaż głowy i twarzy są cudowne...wiem, bo przekonałam się na własnej skórze :) Możecie zdecydować się również na genialne zabiegi kosmetyczne na twarz, gdzie najpierw fachowo zostanie oceniony stan Waszej cery, a później dobrany odpowiedni zabieg. Ja po tych przyjemnościach czułam się bosko. Zrelaksowana i piękna. 

Ponadto możecie korzystać z krytego basenu, saun, tężni solnej, czy też siłowni. Już wkrótce będzie też gotowy basen na zewnątrz, gdyż w tej chwili Lemon się rozbudowuje, aby być jeszcze ciekawszy i wspanialszy. 

Jeśli jedziecie z dziećmi, to też będą miały co robić. Tuż obok restauracji jest duży kącik dla maluchów, gdzie znajdują się zabawki, domek, kuchenka, warsztat itp. dziecięce gadżety. Na zewnątrz dzieci mogą bawić się na placu zbaw, na którym znajduje się ogromny statek piracki. My akurat byliśmy bez małego, więc nie testowaliśmy tych dziecięcych atrakcji, ale wyglądały bardzo fajnie.

Lemon dysponuje także mariną, gdzie możecie wypożyczyć rowerek wodny, motorówkę, czy teslę i popływać po jeziorze. Dla fanów wycieczek rowerowych czekają rowery do wypożyczenia. Miłośnicy kręgli czy bilarda też będą mieli co robić :) W Lemonie nie ma czasu na nudę. 

Jeśli szukacie miejsca, które jest zatopione w pięknych krajobrazach, w ciszy i z dala od wielkomiejskiego zgiełku, to jestem przekonana, że Lemon spełni Wasze oczekiwania. Ja jestem zachwycona i już nie mogę się doczekać, kiedy znowu tam pojedziemy.































czwartek, 30 marca 2017

"To moje życie. Nie chcę innego" czyli opowieści z Krainy Jezior





Czy Wy też zawsze słyszeliście od rodziców, że najważniejsza jest nauka, nauka, i jeszcze raz nauka? No i żeby oczywiście skończyć jak najlepsze studia, żeby móc wyjechać najlepiej do stolicy...albo gdzieś za granicę do wspaniałej pracy. Od samego początku jesteśmy przekonywani do tego, że sensem naszego istnienia jest sukces, zysk, majątek, robienie zawrotnej kariery. Moi rodzicie ciągle mi to powtarzali, no i faktycznie skończyłam studia jedne z tych naj naj, nawet częściowo poza naszym krajem. Później poszłam do pracy i jedyne co mi przyświecało to zrobienie oszałamiającej kariery w zawodzie. Byle mieć więcej i lepiej. No i oczywiście najlepiej daleko od domu, bo tam będą lepsze możliwości. Byłam typem takiej paniusi na szpileczkach, jak to kiedyś stwierdziła moja znajoma. 

Od tego momentu minęło sporo czasu i sporo też się zmieniło. Kiedyś byłam totalnym mieszczuchem, a teraz z przyjemnością jadę na wieś i cieszę się izolacją od chaosu, ciągłego biegu. W tej chwili mogłabym się przeprowadzić na wieś. Zamienić szpilki na kalosze. Bardzo mi taka opcja odpowiada. Trochę też zmieniło się moje podejście do tego za czym powinniśmy "gonić".

Książka "Życie pasterza" Jamesa Rebanksa to coś dla osób, które szukają oderwania od tego życiowego pędu. To także świetna pozycja dla ludzi ceniących naturę i obcowanie z nią w codziennym życiu. To wydarzenie literackie, które podbiło serca milionów czytelników i zachwyciło najbardziej wymagających krytyków. James Rebanks porusza historią człowieka, który wbrew trendom odnalazł spełnienie w prostocie życia, wrócił z wielkiego miasta by pracować na farmie prowadzonej przez jego rodzinę od pokoleń.
"Dalsza edukacja była sposobem na ucieczkę stąd, ale my nie chcieliśmy uciekać, tak postanowiliśmy. Później zrozumiałem, że współczesne społeczeństwo przemysłowe ma obsesję na punkcie wyjeżdżania dokądś i dokonywania czegoś w życiu i przywiązuje do tych zjawisk niezwykłą wagę. Z tego sposobu postrzegania rzeczywistości wynika konkluzja, której zacząłem nienawidzić: że pozostanie w miejscu urodzenia i wykonywanie pracy fizycznej niewiele jest warte."
Rebanks pokazuje, że można być w pełni szczęśliwym bez tej ciągłej gonitwy za sukcesem, bez wyścigu szczurów. Można to szczęście osiągnąć bardzo ciężką, sumienną pracą, przy której szanuje się zarówno innych ludzi, jak i przyrodę. Można zapuścić korzenie w miejscu, z którego pochodzimy i nie trzeba ciągle gnać do przodu w poszukiwaniu wyzwań. Troska o przyrodę jest bardzo widoczna w tej książce i wprost ujmuje. A jednocześnie nie jest to wizja przesłodzona, niczym  z kolorowego sielskiego magazynu. Jest na wskroś realna. 
"To jest moje życie. Nie chcę innego" - ciekawa jestem jak wielu z nas jest w stanie tak szczerze to powiedzieć.





sobota, 18 marca 2017

Dziewczyna z daleka




Marzec nie jest szczególnie lubianym przeze mnie miesiącem, bo jest taki nijaki. Choć nie powiem, było kilka przepięknych dni, które sprawiły, że nabrałam wiatru w żagle. Ale to za co marzec lubię, to ciągle pojawiające się tulipany w naszym domu. Moje ukochane kwiaty, które zawsze wywołują mój uśmiech. Takie delikatne, bezpretensjonalne. Mogłabym przynosić je do domu całymi tonami. Najbardziej lubię te pastelowe, różowe i fioletowe, no i oczywiście białe. Wiosna idzie :) Tak bardzo się cieszę.

Ostatnie dni spędziłam z książkową nowością, której autorką jest Magdalena Knedler "Dziewczyna z daleka". Sam opis książki już zwrócił moją uwagę i zachęcił do czytania, bowiem uwielbiam książki z wątkiem historycznym, zwłaszcza te osadzone gdzieś w czasach pierwszej lub drugiej wojny światowej. 

Główna bohaterka jest bardzo wyrazistą osobą. Natasza ma prawie sto lat i werwę, której nie powstydziłaby się młoda dziewczyna. Potrafi siarczyście zakląć i jednym spojrzeniem ustawić wszystkich do pionu. Twarda i dość oschła kobieta, skrywa swoje tajemnice, które po wielu latach mają wreszcie ujrzeć światło dzienne. Natasza zabiera nas w podróż na przedwojenną Wileńszczyznę, a później na Syberię, ukazując realia wojny i okupacji. 

Od pierwszych stron nie mogłam się oderwać od książki. Bardzo dobrze napisana, poruszająca historia, która na długo zapadnie w mojej pamięci. Czytając takie książki zawsze ogromnie żałuję, że moi dziadkowie już nie żyją i nie mogę od nich słuchać takich opowieści, a również swoje przeżyli w czasie wojny. Osobiście czuję, że będzie to jedna z lepszych książek w tym roku. Ma ku temu olbrzymi potencjał. Moja przyjaciółka już czeka niecierpliwie, aby wyrwać mi ją z rak i zacząć czytać :)






poniedziałek, 13 marca 2017

Naucz się żyć




Ostatni weekend spędziłam bez moich chłopaków. Mimo, że chwile z rodziną są najważniejsze, to te kiedy mam czas tylko dla siebie cenie równie wysoko. Łapię wówczas oddech i zrzucam z siebie takie codzienne stresy związane z macierzyństwem. Każda mama wie chyba o czym mówię. Ja najczęściej spotykam się wtedy z przyjaciółką, wyskakuję na pyszną kawę na miasto, albo zajmuję się tym co lubię, ciesząc się spokojem i ciszą. 

Znam mamy, które mają wyrzuty sumienia zostawiając swoje dzieci i partnerów. A nawet takie, które wcale nie mają chwili dla siebie, z tego samego powodu. Ja tak nie potrafię, a tym bardziej nie mam żadnych wyrzutów sumienia, bo nasze mini rozłąki odbywają się zawsze z korzyścią dla wszystkich. Mamy czas odetchnąć od siebie, zrelaksować się i odrobinkę za sobą zatęsknić. Z takich chwil są same plusy.

Znalazłam też chwilę na czas z książką. Już za moment swoją premierę będzie miała książka Matsa i Susan Billmarków "Naucz się żyć". W pierwszym momencie myślałam, że to kolejna książka o hygge, bo przeczytałam na okładce "Poznaj skandynawski sposób na szczęście i naucz się żyć na nowo". Ale nie, to akurat zupełnie coś innego. Ten szwedzki bestseller został napisany już dwanaście lat temu i z tego co się dowiedziałam, to jest to już siedemnaste wydanie książki, która zdobyła ogromną popularność przez te wszystkie lata. 

"Jak często czujesz, że życie przecieka ci przez palce, że towarzyszy ci lęk i stres? Czasem w codziennym pędzie niepostrzeżenie tracimy radość, jaką dają nam proste, ale ważne rzeczy. Próbując sprostać oczekiwaniom innych, tłumimy uczucia i gubimy samych siebie."

Mats i Suzan napisali ten poradnik na podstawie własnych doświadczeń i na łamach książki podpowiadają jak zaakceptować siebie, szukać w życiu celów i pasji, jak pozbyć się niepokoju o przyszłość. Autorzy radzą, aby czytać książkę powoli i skupić się na tych rozdziałach, które najbardziej nas dotyczą. 

Znajdziecie tu ponad 20 krótkich rozdziałów, m.in.: tłumienie uczuć, piętno okresu dorastania, samoocena, stres, niepokój, lęk, poczucie winy, zdrowe myśli, irytacja i złość, komunikacja, sen, barwy i kształty dobrego samopoczucia. Ja chyba najbardziej skupiłam się na rozdziałach dotyczących stresu, zgubnego perfekcjonizmu i pozytywnego myślenia. 

Być może treść nie jest bardzo odkrywcza w wielu punktach, ale czasem taka inspiracja do działania, do zauważenia problemów, czy też chęci podjęcia pewnych zmian jest potrzebna, nawet jeśli gdzieś już o tym słyszeliśmy. To co najbardziej mi się podoba w książce to cytaty. Kilka z nich z całą pewnością będę wielokrotnie powtarzać. 








środa, 8 lutego 2017

Górskie opowieści


Udało nam się pod koniec stycznia naładować akumulatory w naszych pięknych górach. Wyjazd do Zakopanego był tym, czego bardzo potrzebowaliśmy, żeby odetchnąć. Czekałam na niego z ogromną niecierpliwością, bo ostatni czas dał nam trochę popalić. Chociaż nie obyło się bez komplikacji. Mieliśmy jechać na cztery dni, ale z powodu pracy trzeba było przesunąć wyjazd o jeden dzień.

Czekało na nas boskie miejsce - VILLA 11 FOLK & DESIGN. Kiedy tylko przekroczyliśmy próg zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Idealne wnętrze, które łączy ze sobą tradycję i to co uwielbiam najbardziej, czyli styl skandynawski. Od razu poczułam się jak w domu. Każdy detal mnie zachwycał, doskonałe meble, dużo drewna, mnóstwo bieli i szarości, no i oczywiście przemiłe powitanie już od progu. Nasz pokój był przepiękny. Moje ukochane kolory, materiały, minimalizm, ciepło... i ten widok...chyba najpiękniejszy w całej VILLI 11. Zapierający dech widok na Giewont. Miejsce w których czujesz luksus bez nadęcia. 


Trafiliśmy na cudowną pogodę. Słońce od samego rana. Pobudka w takiej atmosferze to czysta przyjemność. Później pyszne śniadanie w VILLI. Ojjj powiem Wam, że bardzo mi brakuje tych śniadań...pysznie i różnorodnie. Do wyboru, do koloru, na słodko, na słono, na zimno, na ciepło. Miło tak nie musieć się zastanawiać, co tu zrobić maluchowi. Wszystko gotowe, pięknie podane...ooo tak :) 
VILLA to idealne miejsce, żeby się zrelaksować. Genialny pokój relaksu, w sam raz na wieczór z książką i herbatą. Jedyne z czego nie skorzystaliśmy to sauna - trochę nam już zabrakło czasu. Następnym razem z pewnością nadrobimy.



Dysponowaliśmy małą ilością czasu, więc nie udało się nam zbyt dużo pochodzić. Wybraliśmy się z Maksiem na Gubałówkę, żeby pokazać mu piękną panoramę Tatr. Mogłabym tam siedzieć i siedzieć. Śliczne słońce i wspaniałe widoki. Nic więcej do szczęścia nie było mi potrzeba.

Obawiałam się o pogodę w czasie wyjazdu. Mimo, że miało być słonecznie, to prognozy zapowiadały spore mrozy. Zaopatrzyłam więc nasze walizki w ciepłe ubrania. Do mojej trafiły genialne ubrania marki BLUE ICEBERG. Jedne z najcieplejszych ubrań jakie mam. Sprawdziły się rewelacyjnie. Wełna islandzka, z której wykonane są np. czapka i komin, genialnie grzała. A w dodatku wszystko takie piękne. Na Islandii, skąd pochodzą ubrania, wiedzą jak zadbać o zmarźluchów takich jak ja.




W czasie całego wyjazdu chodziliśmy jeść do poleconej nam karczmy PRZY MŁYNIE. Znajduje się ona tuż za stacją BP, przy rondzie Jana Pawła II. Powiem Wam, że to był strzał w dziesiątkę. Pyszne jedzenie dzień w dzień syciło nasze brzuchy. Mogę Wam polecić wszystko, to co spróbowaliśmy, bo wszystko było pyszne: genialne pierogi ruskie, pyszne gołąbki w sosie grzybowym, placek zbójnicki, fenomenalna kwaśnica, golonka, rosołek, pomidorowa. A do tego pyszny miód pitny i grzane wino. Nigdy nie wyszliśmy głodni. Zawsze najedzeni i w dobrych humorach. Po godzinie 17-tej gra tam również kapela góralska, ale my akurat zawsze byliśmy dużo wcześniej, więc się nie załapaliśmy. Szkoda :) Przy następnej wizycie w Zakopanem z pewnością wrócimy w to miejsce.




Mieliśmy ochotę wjechać na Kasprowy. Jednakże skutecznie nas odstraszyła długość kolejki do kasy. Stało w niej grubo ponad 100 osób. Mały zaczął się awanturować, że on chce natychmiast i wizja tego, że awantura przerodzi się w histerię rosła z minuty na minutę. Co prawda jest też kasa tzw. ekspresowego wjazdu, czy też kupno biletów on-line. Jednak ta cena...tradycyjny wjazd dla naszej trójki kosztowałby 200 zł, co i tak uważam grubo za dużo. A ten ekspresowy 300 zł. Tak więc szybko przekalkulowaliśmy, czy warto fundować sobie takie atrakcje z szalejącym czterolatkiem, którego cierpliwość nie jest ostatnio mocną stroną i prawdopodobnie po chwili na górze chciałby zjeżdżać. No więc wybraliśmy się na wycieczkę w trochę innym kierunku.




Ostatnią kawę wypiliśmy w kawiarni STRH, która znajduje się na początku Krupówek. Generalnie unikaliśmy spacerów tą ulicą. Już minęły czasy, kiedy siedzenie na niej było dla mnie główną atrakcją. Teraz wolę górskie widoki i trochę mniejszy tłum :) Niemniej jednak, na początku Krupówek znajdziecie miejsce bardzo klimatyczne, z pięknym widokiem, gdzie zjecie pyszne ciasta i napijecie się smacznej kawy. Ciągle mam ochotę na ten boski jabłecznik, który tam serwują. Yummy!

Mimo krótkiego wyjazdu byliśmy zachwyceni. Bardzo się udało :) Odpoczęliśmy w pięknych i klimatycznych wnętrzach, najedliśmy się pysznych potraw, nacieszyliśmy oczy pięknymi widokami. Zaraz po przyjeździe wywołałam zdjęcia i teraz wieczorami wracam do tych cudownych wspomnień. Już tęsknię i nie mogę się doczekać kolejnej wizyty. Mam nadzieję, że nie będzie ona tak odległa :)





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...