niedziela, 30 lipca 2017

Weekend vibes





Jak Wam idzie realizacja weekendowych planów? U nas zazwyczaj kiepsko. Najczęściej jest tak, że coś jest zaplanowane, a później nic z tego nie wychodzi. Albo też bez planu, na totalnym spontanie robimy coś fajnego. W sumie w ten weekend tak właśnie jest. To co było zaplanowane nie wyszło, a spontaniczne wyjście przyniosło wiele radości. Rzadko mamy czas gdzieś wyskoczyć tylko we dwoje. Zazwyczaj "we dwoje" znaczy ja i nasz maluch - kino, lody, basen, wszelkie spontaniczne wypady. Ale tym razem udało się wyrwać razem z moim B. W piątek wybraliśmy się do jednej z moich ulubionych miejscówek w Katowicach. KAFEJ, bo o nim mowa, to miejsce z klimatem. Nie wiem co tam takiego jest, ale czuję się tam w pełni zrelaksowana. Siadam i delektuję się chwilą. A na dodatek wcinam pyszne jedzenie i popijam kawę, lub lemoniadę. Jeżeli będziecie kiedyś w pobliżu, to polecam Wam zajrzeć. 




Tak w temacie planowania i spontanicznych decyzji to właśnie od kilku dni w moich rękach "Droga do Ciebie" J.P. Monningera. Główna bohaterka Heather jest typem osoby, która musi mieć wszystko zaplanowane. Przed rozpoczęciem swojej pierwszej, bardzo dobrej pracy i rzuceniem się w wir kariery, wyrusza w podróż do Europy. Razem z nią jej dwie najbliższe przyjaciółki. Wycieczki zaplanowane co do dnia, bez miejsca na jakąś wielką spontaniczność. Do pewnego momentu. Tak, tak, dobrze myślicie, pojawia się pierwiastek męski :) Przystojny Jack zawróci w głowie Heather i wywróci jej życie do góry nogami. On też podróżuje z pewnym "planem". Jest nim odbycie podróży śladami swojego dziadka, które są zapisane w jego starym dzienniku. Amsterdam, Praga, Kraków, Berlin, Paryż i inne miasta. Romantyczna podróż, która wiele zmienia w życiu tej dwójki. Wspólne odkrywanie pięknych zakamarków Europy, czerpanie radości z życia i drobnych chwil spędzonych razem. Lektura bardzo przyjemna i lekka, choć muszę przyznać, że momentami ta dwójka mnie dość irytowała :) Ale chwilowo. A Wy macie już za sobą, mniej lub bardziej romantyczną, podróż po Europie? Ja częściowo. Niemniej jednak, czytając tę książkę ma się ochotę wsiąść do pociągu i ruszyć przed siebie. Może kiedyś :)






A na koniec jeszcze kilka migawek z FLORA FEST, który dziś odbył się pod katowickim Spodkiem. Ja wróciłam do domu z wymarzoną monsterą. Jest piękna. Mam nadzieję, że się polubimy, bo od dawna o niej marzyłam. Pokażę Wam ją innym razem, jak ładnie wygląda w salonie. P.S. hortensji na feście nie było :) Ale mijałam ją po drodze i była tak piękna, że musiałam się zatrzymać i pstryknąć zdjęcie.




środa, 26 lipca 2017

Angielka




Na początku chciałabym złożyć życzenia wszystkim Aniom, które do mnie zaglądają. Dużo słońca i uśmiechu dla Was. Ja dziś świętuję z widokiem na cudowne kwiaty. Zapach słoneczników unosi się w domu. Taki piękny bukiet do mnie trafił, a w nim właśnie słoneczniki, alstremeria, chryzantema, irys i przewiercień. Bukiet pełen lata, słońca i ciepła. 

A na stole nowa książka, która miała premierę kilka dni temu. "Angielka" Katherine Webb to już kolejna książka tej autorki. Przyznam, że nigdy wcześniej nie wpadły mi w ręce jej książki, ale muszę nadrobić, bo bardzo przypadła mi do gustu jej twórczość. Bohaterka powieści Joan Seabrook, to świeżo upieczona archeolożka, która spełnia marzenie swojego życia o wizycie w Arabii i udaje się do starożytnego miasta Maskat. Wyjeżdża razem z narzeczonym, mając nadzieję, że uda jej się zapomnieć o rodzinnych smutkach. Jednak jej wyjazd nie przebiega tak jak sobie zaplanowała, tym bardziej w kraju, gdzie właśnie trwa wojna. Bohaterka ma zamiar spotkać się z pionierką i odkrywczynią, Maude Vickery, którą Joan ogromnie podziwia. Vickery jest pierwszą kobietą, Angielką, która udała się w głąb pustyni. Seabrook nie ma nawet pojęcia, jak bardzo ta wizyta odmieni jej życie. Obie kobiety zaczyna łączyć przyjaźń, a Joan daje się wciągnąć w wir przygód. Poznaje też tajemnicę z przeszłości Maude, którą ta do tej pory ukrywała przed wszystkimi.

Powieść pełna egzotyki, która kojarzy mi się z baśniami "Tysiąca i jednej nocy". Mimo to pozostaje realna i współczesna. Jest również lekka i wciągająca. Doskonale trzyma w napięciu, tak że nie można się od niej oderwać, póki nie dobrnie się do końca. "Angielka" jest doskonałą okazją do poznania historii i kultury mieszkańców Półwyspu Arabskiego. Autorka w piękny sposób opisuje zarówno krajobrazy, jak i emocje głównych bohaterek. Opowiada dwie wspaniałe historie, których stajemy się częścią. To piękna powieść o silnych kobietach i ich przygodach, w środowisku bardzo im nieprzyjaznym. Jak dla mnie genialna na letnie wieczory.








sobota, 15 lipca 2017

HOW TO BE DANISH




W tym roku wybieramy się do Danii. Mieliśmy jechać w czerwcu, ale niestety trzeba było wyjazd przesunąć. Dania od dłuższego czasu jest moim wymarzonym kierunkiem i już nie mogę się doczekać, żeby wreszcie się tam znaleźć. Ciekawa jestem tego kraju niesamowicie, a także tego jacy Duńczycy są tak naprawdę. Czy tacy jak w książkach :) Dość dużo ich ostatnio było, prawda?

Jedni zachwycali się książkami o hygge, inni nie byli entuzjastami. Kiedy pierwszy raz wzięłam do ręki najnowszą książkę "Duńczycy. Patent na szczęście" Patricka Kingsleya, podeszłam do niej z pewną rezerwą. Szczerze to byłam przekonana, że już na pierwszych stronach znajdę obszerną próbę wytłumaczenia czym jest hygge, później będzie o świeczkach, ciepłych kocach i popijaniu herbaty. Nie mówię, że poprzednie książki o tej tematyce mi się nie podobały, no ale ileż można :) Tak więc bardzo mile się zaskoczyłam gdy znalazłam tutaj coś nowego. 

Znalazłam osiem rozdziałów, a w nich interesujące informacje na temat : edukacji, jedzenia, designu, polityki, tożsamości,  Kopenhagi, telewizji oraz Jutlandii. Patrick Kingsley spędził w Danii miesiąc, podróżując i rozmawiając z Duńczykami. Jak sam mówi, książka jest częściowo reportażem, częściowo dziennikiem podróży. Wiecie, że dzięki silnej pozycji duńskich związków zawodowych lekarz zarabia średnio tylko dwa razy więcej niż ekologiczny pracownik porządkowy, a sędzia tylko dwa i pół razy więcej niż sprzątaczka. Z ciekawością czytałam o duńskiej modernie i o tym jak rozwija się współczesny dizajn. Słyszeliście kiedyś o sieci supermarketów FPD? Były one swego rodzaju protoplastą IKEI. Jeśli natomiast macie ochotę zjeść w sławnej restauracji NOMA, to hmmmm...musicie trochę poczekać. Ponoć w soboty liczba oczekujących na stolik dochodzi do tysiąca, a rezerwacje są przyjmowane wyłącznie pierwszego dnia miesiąca, z trzymiesięcznym wyprzedzeniem. 

Książka ciekawa, z której dowiedziałam się sporo nowych rzeczy. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że jest to chyba najlepsza z tych o duńskiej tematyce. No ale może Wy będziecie mieć inne zdanie. Niemniej jednak warta jest przeczytania. 






środa, 12 lipca 2017

Panele dekoracyjne do komód IKEA, czyli jak szybko zmienić wygląd komody



Drobne zmiany, duży efekt. To jest to co lubię najbardziej. Kiedy wprowadzaliśmy się do naszego mieszkania kupiliśmy w IKEA najprostsze białe meble. Po pierwsze były uniwersalne, a po drugie były tanie, co miało wówczas ogromne znaczenie. Bardzo często pytacie o to skąd mamy nasze komody, a odpowiedź jest banalna. Zwykła seria MALM, która jest uwielbiana przez wiele osób właśnie za prostotę. Pasuje do wielu wnętrz, zwłaszcza tych minimalistycznych i skandynawskich. Salon, pokój dziecięcy, jadalnia - tak właściwie to wszędzie świetnie się sprawdzi. Proste, białe meble są doskonałą bazą do wszelkich wnętrzarskich wariacji. Jeśli znudzi Wam się jakiś styl, czy kolorystyka, to nie ma problemu. Na takiej bazie możecie łatwo, a także niedrogo zbudować zupełnie nowe wnętrze.

Mimo, że nasze komody uwielbiam od lat, to jednak miałam ochotę na małą zmianę. I tu z pomocą przyszły genialne panele do mebli IKEA, pochodzące ze sklepu AŻUROVE (tutaj). W sklepie znajdziecie całą masę wzorów, które świetnie się sprawdzą w dorosłych wnętrzach, jak i w pokojach dziecięcych. Panele dostaniecie w białym kolorze, ale można je bez problemu pomalować przy pomocy farby w spreju. Są one bardzo lekkie, dostępne w dwóch grubościach 3 i 5 mm. Możecie je przykleić zarówno przy pomocy kleju, który dostaniecie w sklepie, jak i przy pomocy taśmy. Ja wybrałam tę drugą opcję, bo sami wiecie, że lubię zmiany. Nigdy nie wiadomo, kiedy zatęsknię za gładką powierzchnią komód :) Panele są dostępne dla komód IKEA z serii:MALM, HEMNES, RAST, KOPPANG, KALLAX. Możecie również zamówić panel na wymiar, jeśli posiadacie jakiś inny mebel. Można go więc użyć do ozdoby lustra, czy jakiejś innej powierzchni. 

Ja jak na razie jestem na tak. Przyklejenie paneli zajęło mi chwilę, a efekt jest świetny. Komoda od razu wygląda jak mebel z dużo wyższej półki. Tak myślę, że fajnie by też wyglądały, gdybym na środku tych krzyżyków dodała czarne uchwyty.

Bardzo jestem ciekawa jak się Wam podoba takie rozwiązanie? 













sobota, 3 czerwca 2017

Prasowanie parą i moja opinia o SteaMaster



Jak u Was z wykonywaniem domowych czynności? Które lubicie, a które nie? Ja najbardziej lubię pranie...wiem wiem, pralka pierze, ale ktoś musi załadować, później rozwiesić. Samo się nie zrobi :) Natomiast gorzej już z prasowaniem. Jest to czynność, która mnie wyjątkowo nuży. Stanie przy desce do prasowania nie jest więc moim ulubionym zajęciem i zamiast prasować całą stertę prania tuż po wyschnięciu, wolę konkretną rzecz przygotować przed włożeniem. 

Jakiś czas temu trafił do mnie SteaMaster i powiem Wam szczerze, że bardzo długo zbierałam się do napisania tego posta, bo sama nie wiedziałam, czy jestem do niego przekonana, czy też nie i musieliśmy się lepiej poznać.

Na początek trochę danych dotyczących tego konkretnego modelu EM-202 :

  • miedziana grzałka
  • ciągły czas pracy 90 minut
  • gotowy do pracy w 45 sekund
  • czterostopniowa regulacja mocy pary
  • moc 1750 Wat
  • pojemność zbiornika na wodę 3l
  • temperatura pracy 98°C
  • gwarancja 24 miesiące

Dodatkowo otrzymacie: szczotkę - nakładkę do prasowania w kant, wieszak na spodnie, rozkładany wieszak.

Jeśli chodzi o użytkowanie to prasowania przy pomocy pary trzeba się nauczyć i przyzwyczaić do tego. Po pierwszym razie byłam bardzo na nie, bo było mi niewygodnie i efekt był marny. Później poszło już lepiej. Niemniej jednak trzeba pamiętać o pewnych zasadach:
  • na początku trzeba sobie wszystko dobrze rozwiesić. Całe szczęście składany wieszak jest regulowany i można sobie dostosować go do swojej wysokości.
  • wg zaleceń napełniamy zbiornik wodą destylowaną lub demineralizowaną. Zanim kupiłam wodę destylowaną, też trochę trwało. Więc tu jednak wygrywa żelazko :)
  • przy prasowaniu trzeba trzymać się pionu, żeby ubranie się nie moczyło. Zwłaszcza przy mini prasowaczu, który widać na dwóch ostatnich zdjęciach. Z mini prasowaczem już nie mam tego problemu, że ubranie jest mokre, natomiast z tą dużą wersją jeszcze trochę mi się zdarza - co widać na jednym ze zdjęć koszuli (niewielkie plamy). Jednak nie polecam prasować 5 minut przed wyjściem, bo jednak to para i ubranie jest wilgotne.
  • jeśli chodzi o samo prasowanie to bardzo dobrze sobie radzi z delikatnymi materiałami. Delikatne sukienki, bluzki, swetry będą bardzo dobrze wyglądały. Ja nie poradziłam sobie natomiast z grubszym materiałem (zdjęcie z białymi spodniami) - tu gdzie najbardziej się gniecie na zgięciach kolan. Mimo ustawienia pary na maksimum nie poradziłam sobie z ich rozprasowaniem.
  • model na kółkach nie jest zbyt duży gabarytowo, więc można go postawić w jakimś kącie i używać w miarę potrzeby. Całkiem ładnie wygląda. Zdecydowanie nie polecam składać i rozkładać za każdym razem, bo gwarantuje Wam, że szybko włożycie go wówczas do szafy i wrócicie do żelazka. 
  • prasowanie pojedynczych sztuk odzieży, w momencie kiedy jej potrzebujecie, to świetna sprawa. Szybko zakładacie na dołączony do zestawu wieszak, prasujecie i gotowe. Znacznie to lepsze niż rozkładanie się z deską do prasowania. 
  • prasowanie parą jest bezpieczniejsze dla tkanin. Nigdy w życiu nie dotknęłabym żelazkiem mojego ukochanego kaszmirowego swetra. Tu zaufałam i wszystko jest ok :) Nie ma go na zdjęciach, ale uwierzcie mi na słowo :)
Ja jestem zdecydowaną fanką mini prasowacza. Jest malutki, poręczny, lekki i w sumie przez większość czasu to on był w użyciu. Świetna sprawa na wyjazd. Wrzucacie do walizki i już. Co prawda jego pojemność jest dużo mniejsza, ale na przygotowanie np. lekkiej bluzki czy sweterka zupełnie wystarczy. Jego wadą jest natomiast dość krótki kabel. Może to trochę przeszkadzać, bo ubranie musicie mieć zawieszone, żeby móc prasować. 

Generalnie prasowanie parą to fajna sprawa, choć trzeba się do tego przyzwyczaić. I uważać na palce, bo można się nieźle sparzyć ;) Wszystko kwestia wprawy. Z tych dwóch modeli ja osobiście bardziej lubię ten mini. Choć dla niektórych może być za mały.

Więcej o prasowaczach i dostępnych modelach przeczytacie TUTAJ.

Ciekawa jestem co sądzicie o tych urządzeniach :) Ktoś stosuje?


  •  











środa, 31 maja 2017

Bye bye May...



Maj był w tym roku bardzo kapryśny. Dał nam popalić z tym zimnem i śniegiem. Prawdziwa wiosna kazała nam na siebie czekać długo, ale kiedy już przyszła przyniosła to co w maju najpiękniejsze. Bzy, rododendrony, bratki, tulipany. Wszystko kwitło i zachwycało.

Co roku czekam na bzy. Te kolory i fenomenalny zapach. Tak bardzo żałuję, że już przekwitają. Mogłyby zostać jeszcze miesiąc dłużej...no może dwa ;)
Kiedy tylko się dało przynosiłam do domu piękne, nowe gałązki. Nie dało się oprzeć fotografowaniu. Zdjęcia pięknych lilaków zalały cały Instagram. I dobrze, trzeba łapać chwile, bo są takie ulotne.

W maju wybraliśmy się na weekend do Warszawy. Pogoda udała się nam znakomicie. Słoneczne dni pozwoliły spędzić cudowne chwile w stolicy. Dopiero tym razem miałam okazję wybrać się do Łazienek Królewskich i powiem Wam, że to była chyba najlepsza pora. Wszędzie bzy, rododendrony, tulipany, bratki. Feria barw i zapachów! Takich ogromnych lilaków jak w Łazienkach jeszcze nigdy nie widziałam. Biegałam i cieszyłam się jak dziecko, chłonąc każdy obraz, każdy zapach. Tak bardzo żałuję, że nie mam tego wszystkiego bliżej, bo byłabym stałą bywalczynią.

Ciekawe co przyniesie nam czerwiec. Mieliśmy plany wyjazdowe, ale nie wiem czy się nie przesuną. A poza tym nowe wyzwania i zawodowe marzenia...zobaczymy co z tego wszystkiego wyjdzie. 

Uściski dla Was :)






czwartek, 25 maja 2017

Time for tea



Po dłuuuugiej przerwie wreszcie zaczęliśmy sezon na tarasie. Już nie mogłam się doczekać, kiedy zabiorę się za sadzenie kwiatów, układanie dodatków, itd. Sporo się zmieniło, ale to jeszcze nie koniec. Jest jeszcze parę rzeczy, dość kluczowych, które musimy dopracować i wtedy pokażę Wam nasz kącik w całej okazałości. Ale i tak już zaczęliśmy korzystanie z naszej wiosenno-letniej oazy. Każdą chwilę, gdy jest ciepło, spędzam tutaj.

Uwielbiam tu przesiadywać. Każda pora dnia jest dobra, żeby usiąść tutaj z filiżanką herbaty. Rano, kiedy jeszcze wszędzie wokół jest spokojnie, w ciągu dnia, kiedy biorę laptopa i zabieram się za pracę, czy wieczorem, kiedy ładujemy się z maluchem pod koc i szukamy gwiazd na niebie. Tak, tarasowe życie to coś co uwielbiam.

Ostatnio na taras zabieram czerwoną herbatę. To jej wielki come back w moim życiu. Był taki moment, kiedy piłam ją bardzo często, ale później zrobiłam sobie przerwę. W naszym domu zagościła niedawno czerwona herbata Pu-Erh marki Big-Active. Herbaty Big-Active powstały z myślą o tych, którzy dbają o dobre samopoczucie i kondycję, nie rezygnując jednocześnie z doskonałego smaku.

A Wy lubicie czerwoną herbatę? Trzeba przyznać, że ma specyficzny smak, prawda? Jedni go kochają, inni nie mogą się do niego przekonać... Jednak właściwości tej herbaty mogą niejednej z nas pomóc w walce o smukłą figurę. Każda z nas chce dbać o siebie, bez konieczności rezygnacji z codziennych przyjemności. Cenimy sobie wygodę i produkty, które idealne dopasowują się do rytmu naszego dnia. Herbata czerwona marki Big-Active spełnia wszystkie te warunki. Jej bogaty i jedyny w swoim rodzaju aromat został wzbogacony nutą orzeźwiających cytrusów – do wyboru mamy dwa wariantu: grejpfrut i cytrynę.

Wspominałam już, że smak czerwonej herbaty nie każdemu od razu przypadnie do gustu. To co może was do niego przekonać, to to, że smak ten jest efektem długiego procesu fermentacji oraz leżakowania w odpowiednich warunkach: liście – zanim trafią do naszej filiżanki – leżakują przeze 3-4 lata! Ważne jest też miejsce pochodzenia tej herbaty: uprawiana jest ona w wysokich górach chińskiej prowincji Yunnan, gdzie panuje idealny dla tej rośliny mikroklimat. Czerwona herbata zawiera sporą dawkę polifenoli. Tak więc jest naszym sprzymierzeńcem w mądrej diecie i codziennej aktywności, która może nam pomóc w uzyskaniu pięknej sylwetki. Idealna przed sezonem letnim, kiedy wskoczymy w kostiumy i krótkie spodenki.

To co dziewczyny, zaparzyć Wam filiżankę czerwonej herbaty?









Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...