sobota, 26 listopada 2016

Prezenty dla czterolatka





Mikołajki, Boże Narodzenie, 4-te urodziny Maksia - czyli sezon na prezenty w pełni. Można dostać zawrotu głowy od tych wszystkich ofert dla dzieci. W tym roku przygotowałam się dużo wcześniej, tak aby prezenty były przemyślane. 

Najbardziej lubię drewniane zabawki. Trwałe i ładne. Zastanawiałam się co też może ucieszyć mojego czteroletniego synka. Postanowiłam w tym roku m.in. na kulordom TRIX TRACK oraz klocki z angielskim alfabetem (TUTAJ - www.planetaz.com.pl/ ). 

Nasza wersja kulodromu to Bouncing Spiral Track. Duże i stabilne elementy sprawiają, że cała konstrukcja jest niezwykle porządna. Można ją postawić na stole, czy na dywanie, z pewnością nic nam się nie będzie przewracać. Taki kulodrom to zachęta do kreatywnej zabawy, gdzie dziecko może tworzyć własne warianty toru. Zestawy TRIX TRACK można ze sobą łączyć. Zapewnia to wiele godzin fantastycznej zabawy. 

Do tego jeszcze drewniane klocki z alfabetem po angielsku. Pięknie wykonane, zachwyciły mnie od pierwszego wejrzenia. Maksiu uwielbia oglądać bajki po angielsku, często też rozmawiamy właśnie w tym języku i widzę efekty. Zna już bardzo dużo słów, a i potrafi ułożyć proste zdania. Bardzo się cieszę, bo to najlepszy wiek na rozpoczęcie nauki języka. A styczność z nim poprzez zabawę daje genialne efekty. 

To tylko dwa z kilku prezentów jakie już dla niego chomikuję w szafie :) Mam nadzieję, że będą mu się podobały. Ja już nie mogę się doczekać, żeby się z nim pobawić tymi zabawkami :) Co jeszcze mam przygotowane dla niego już Wam częściowo pokazałam na Instagramie, choć mam jeszcze kilka rzeczy w zanadrzu :) A Wy co macie dla swoich maluchów? Czy też zostawiacie wszystko na ostatnią chwilę?



















poniedziałek, 21 listopada 2016

Śpij dobrze...



Znacie to uczucie, kiedy mimo odpowiednio długiego snu wstajecie rano zmęczeni i obolali? Ja znam doskonale. Czasami czułam się tak jakbym wstała bardziej zmęczona niż się położyłam. 
Ostatnie dni zmuszają mnie do leżenia w łóżku, bo niestety dopadło mnie jakieś choróbsko. Sytuacja mało przyjemna, ale jest jedna rzecz która sprawia, że leżenie w tej chwili nie doskwiera mi tak bardzo. 

Od jakiegoś czasu możemy się cieszyć nowym materacem marki EVE. Muszę Wam powiedzieć jedno - jest niesamowicie wygodny. Wstając po nocy wreszcie nie narzekam na ból pleców i czuję się bardzo wypoczęta. 

Materace EVE są wykonane z pianki termoelastycznej. Pianka zapamiętująca kształty równomiernie rozkłada nacisk, tworząc doskonałe podparcie dla ciała. A z racji tego, że firma wykorzystuje pianki najnowsze generacji jest bardzo sprężysta i obniża temperaturę podczas snu. 
Materac jest wykonany z trzech warstw pianek. Pierwsza to pianka termoelastyczna, która stanowi podparcie, zapamiętuje kształt ciała i amortyzuje wstrząsy. Druga to warstwa chłodząco-oddychajaca. Trzecia warstwa to pianka o wysokiej wytrzymałości, będąca podparciem całego materaca. Całość jest ukryta w pokrowcu z aksamitnej hipoalergicznej tkaniny, co jak dla mnie jest szalenie ważne, bo jestem alergikiem. Boki materaca, są natomiast pokryte pięknym żółtym materiałem, który przepuszcza powietrze i sprawia, że materac nie nagrzewa się i dopasowuje temperaturę do naszego ciała.

Jakość wykonania jest dla mnie olbrzymim plusem. Materac jest nie tylko porządny i wygodny, ale też bardzo ładny. EVE dba o każdy szczegół, co sprawia że może być oną ozdobą samą w sobie, jakkolwiek by to zabawnie nie brzmiało :) Myślimy, że taki przedmiot wcale nie musi wyglądać. Nic bardziej mylnego. Piękny detal zawsze doda uroku, nawet jeśli widać jakiś jego skrawek.

Wreszcie mogę w pełni się zrelaksować, bez ciągłego zmieniania pozycji i szukania wygodnego miejsca, bo tutaj wszędzie jest wygodnie. Jeśli skusicie się na ten materac i okaże się, że jednak nie odpowiada Waszym oczekiwaniom, to nie musicie się niczym martwić. Macie bowiem 100 dni na wypróbowanie i ewentualną zmianę decyzji. Wówczas otrzymacie pełen zwrot kosztów, bez żadnych dodatkowych opłat.

Biorąc pod uwagę jak dużo czasu przeznaczamy na sen warto zadbać o dobry materac. Ten jak dla mnie jest idealny. Komfort spania znacznie się poprawił...a i chorowanie w takich warunkach jest przyjemniejsze ;)













środa, 16 listopada 2016

Hygge. Klucz do szczęścia ...czyli o Duńczykach raz jeszcze




"Brzydkie wełniane skarpety nie są ani wyrafinowane, ani kosztowne, ani luksusowe - i to właśnie jest istotą hygge. (...) Hygge jest skromne i niespieszne. To wybór czegoś rustykalnego zamiast nowego, prostego zamiast szykownego i nastrojowego zamiast ekscytującego. Pod wieloma względami hygge to duński krewny idei prostego życia."

Moda na HYGGE stała się bardzo widoczna. Fenomen szczęścia w Danii zdaje się ostatnio pojawiać wszędzie. Książki, publikacje w prasie, wywiady w telewizji. Można by pomyśleć, że to hygge, to jakiś najnowszy duński wynalazek. Nic bardziej mylnego. Znany od lat, a na dodatek nie tylko w Danii, ale i w każdym zakątku świata...stan ducha, odpowiedni nastrój, coś czego się doświadcza. Tym właśnie jest hygge. 

Od kiedy poznałam to duńskie słowo, zaczęłam bardziej świadomie zwracać uwagę na takie momenty, nastroje, na to coś co stanowi istotę hygge. W ubiegłą niedzielę wybraliśmy się w trójkę na spacer. Było mroźno. Nasz maluch buszował w liściach, które spadły z drzew i wydawały miły dla ucha szelest. Po spacerze wstąpiliśmy na obiad do naszej ulubionej restauracji w bardzo amerykańskim stylu. Pyszne jedzenie wprawiło nas w świetny nastrój. Wszystko w przytulnej atmosferze, przy akompaniamencie zespołu grającego na żywo, na scenie. Za oknem zaczął padać śnieg, a my siedzieliśmy w miło oświetlonym wnętrzu, delektując się chwilą i ciesząc rodzinnymi chwilami. Wracając skusiłam się jeszcze na przepyszną gorącą czekoladę...i wiecie co? To było szalenie hyggelig popołudnie. Błogość, ciepło na sercu, krótko mówiąc radość.

Z ogromną ciekawością zabrałam się za lekturę kolejnej książki. "HYGGE. KLUCZ DO SZCZĘŚCIA", której autorem jest Meik Wiking jest fantastyczną lekturą na jesienne wieczory. Najprościej ją określić jako książkę o stylu życia. Pełna ciekawych informacji o samym pojęciu hygge, o roli jaką odgrywa światło w życiu Duńczyków (a odgrywa ogromną), o byciu razem, potrawach, napojach, ubraniach, domu. Chcecie poczytać o duńskim Bożym Narodzeniu, czy też zajrzeć do krótkiego przewodnika po najbardziej hygge miejscach w Kopenhadze? To dobra książka dla Was. 

Książka zawiera konkretne informacje, trochę wykresów, liczb, porównań. Trudno się dziwić. Autor książki jest Dyrektorem Badań nad Szczęściem w Kopenhadze. Brzmi to może nieco poważnie, ale (poza tym, że samo hygge to dla Duńczyków poważna sprawa) całość jest podana w bardzo przyjemny sposób. Jak dla mnie lekka, mądra, ciekawa pozycja do biblioteczki każdego z nas. Dodatkowy atut to piękne wydanie.

Duńczycy mają prawdziwego bzika na punkcie hygge. I dobrze. Mieć bzika na punkcie łapania chwil szczęścia to chyba nic groźnego :) Bardzo mi się podoba to duńskie podejście...cieszenie się drobnostkami, slowlife, spędzanie chwil z bliskimi. O tak, trafia to prosto w moje serce. I wam serdecznie polecam.










wtorek, 8 listopada 2016

Dywany Łuszczów - moje top 10 dywanów w stylu skandynawskim




Post o przemianie naszego salonu bardzo Wam przypadł do gustu. 
Nasz nowy dywan od DYWANY ŁUSZCZÓW bije rekordy popularności. Bardzo mi miło.
Im dłużej go mamy, tym bardziej go kocham. 
Robi efekt! :)

Wiele osób pytało jak się nasz nowy nabytek sprawuje, jak się odkurza i ogólnie jakie mam wrażenia.
Jak do tej pory nie zgłaszam żadnych zastrzeżeń. Jest bardzo miły w dotyku, łatwy do utrzymania w czystości (nie mam psa, ale mam małe dziecko, które uwielbia śmiecić).
Uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam! 

Wybierając nowy dywan właściwie byłam pewna w jakim ma być stylu, ale i tak ostateczna decyzja była dość trudna, bo wybór w sklepie ogromny.
Chciałam Wam dziś pokazać jeszcze kilka pięknych wzorów, na które zwróciłam uwagę.
Akurat te idealnie wpisują się w styl skandynawski, jednakże wielbicie klasyki, czy czegoś mniej wzorzystego również znajdą coś dla siebie.
Wybrane przeze mnie dywany należą do kolekcji: SKETCH (tej samej, z której jest nasz), SCANDI i VINTAGE.  
Właściwie, to każdy z nich mógłby się u nas znaleźć. Jak dla mnie rewelacja. Zwłaszcza ten szary w białe gwiazdki. Idealnie pasuje do pokoju naszego synka. Piękny.

A Wy co myślicie? Czy któryś wpadł Wam w oko?







poniedziałek, 31 października 2016

Hygge. Duńska sztuka szczęścia.




"Jedno niepozorne słowo wyraża to co naprawdę liczy się w życiu: HYGGE"
W zeszłym tygodniu trafiła w moje ręce książka duńskiej autorki Marie Tourell Soderberg, zatytułowana "Hygge. Duńska sztuka szczęścia." Marie jest duńską aktorką urodzoną w Kopenhadze. Przemierzyła ona całą Danię, pytając jej mieszkańców czym jest dla nich hygge. Przeprowadziła również rozmowy z ekspertami o tym, dlaczego wszyscy potrzebujemy w życiu hygge.

To piękna książka o szczęściu i przyjemnościach. O drobnostkach, które sprawiają, że nasza rzeczywistość nabiera zupełnie innego wymiaru.

Duńczycy są uważani za najszczęśliwszy naród świata, właśnie dlatego że w ich życiu panuje filozofia hygge. Jeśli nigdy wcześniej nie spotkaliście się z tym pojęciem, to przywołam Wam inne, które z pewnością dobrze znacie - Enjoy the little things. Właśnie o to chodzi. O odnajdywanie chwil szczęścia, ciepła i bliskości, które mogą się pojawić w najzwyklejszych sytuacjach. Hygge dla każdego z nas może wyglądać inaczej. To my decydujemy co jest dla nas hyggelig.

To nie jest poradnik, w którym znajdziecie zamkniętą listę rzeczy, które powinniście robić, aby odnaleźć hygge. To raczej zbiór pięknych, krótkich opowieści mieszkańców Danii, którzy opowiadają o swoim rozumieniu hygge, o tym gdzie je odnajdują. 
To drobne wskazówki, które mogą Wam pokazać, że hygge jest blisko. Wystarczy tylko je zauważyć.

Kiedy czytałam tę książkę czułam radość i spokój. W totalnym odprężeniu ułożyłam się na kanapie, w moim ukochanym salonie. Tuż obok pięknie pachniała herbata, podana w ulubionej filiżance. Lampki i świeczki umilały wieczór i tworzyły wspaniały, przytulny nastrój.
Im dłużej czytałam tym większy uśmiech pojawiał się na mojej twarzy i tym większą radość czułam w sercu. Bo przecież to był mój hygge-moment. Chwila, stan ducha. Tu i teraz, gdzie liczyła się wspaniała atmosfera mojego domu i czynność, którą uwielbiam.
Zdałam sobie sprawę, że mogę bez problemu zrobić listę przynajmniej kilku rzeczy, które są dla mnie hygge.

Moje hygge pojawia się gdy czytam synkowi bajki na dobranoc, kiedy leżymy w spokoju, przytulamy się, patrzymy sobie głęboko w oczy. To też mój codzienny rytuał wypicia pysznej herbaty i celebrowania tego momentu np. przez używanie pięknej porcelany. To także moment, kiedy wyjeżdżamy na wieś i idę do lasu, wpatruję się w wysokie majestatyczne drzewa i słucham śpiewu ptaków. To wreszcie pieczenie ciasta lub chleba w mojej kuchni, w otoczeniu pięknych przedmiotów codziennego użytku.
To wszystko sprawia, że w codziennych obowiązkach i stresach potrafię znaleźć swoje drobne chwile szczęścia.

Jeśli chcecie poczuć wyjątkowy nastrój to szczerze Wam polecam tę książkę. Ja z całą pewnością jeszcze do niej wrócę i to pewnie nie raz. Nie tylko jej zawartość mnie zachwyciła, ale i wygląd. W sumie wygląd rzucił się w oczy w pierwszej kolejności. Jest pięknie wydana. To na pewno jedna z najpiękniejszych okładek jakie widziałam. Jest zjawiskowa. 
Cała książka ma w sobie pewną magię. 
Ja jestem nią oczarowana.
Czytanie jej było bardzo hyggelig!













wtorek, 25 października 2016

Salonowe rewolucje




Zmiany w salonie chodziły mi po głowie od baaaardzo dawna. Przede wszystkim zależało mi na zmianie koloru ściany za kanapą, bo do tej pory była w kolorze "laguny", co wychodziło na jasny turkus. Drugim punktem, który wymagał zmiany był dywan. Poprzedni był przede wszystkim zbyt mały i ciągle się przemieszczał, doprowadzając mnie tym samym do szału. A poza tym już się trochę zużył przez kilka lat przy małym dziecku.

Kiedy się wprowadziliśmy to pierwsze co, to odświeżaliśmy ściany. Zapałałam wówczas chęcią posiadania turkusu na ścianie, na co mój B. nie bardzo się chciał zgodzić, bo chciał biel w salonie. Ugiął się jednak i pomalował. 
Po jakimś czasie jednak turkus mi się znudził, więc zaproponowałam, żeby jednak przemalować na biało...i tu nagle pojawił się opór, bo B. tak bardzo się ten turkus spodobał, że za żadne skarby nie chciał go zmieniać. Suszyłam mu o to głowę jakieś dwa lata.

Wreszcie jest biało. Użyliśmy do malowania farby Dulux Easy Care Nieskazitelna biel. Muszę przyznać, że faktycznie jest nieskazitelna. Rozjaśnia pomieszczenie, które ma dość kiepsko umieszczone okno tarasowe, co jest dla mnie bardzo ważne. 
Co do samego malowania, to byłam zaskoczona, że tak intensywny kolor jak mieliśmy poprzednio udało się pokryć dwiema warstwami. Farba też nie ma zbyt intensywnego zapachu, co mnie ucieszyło, bo jestem alergikiem i malowanie zazwyczaj dawało mi się we znaki.

Salon zyskał na tej zmianie kolorystycznej i to bardzo. Zrobiło się więcej przestrzeni. W tej chwili nie tylko jest jaśniej, ale i przytulniej. 

Druga bardzo widoczna zmiana to nowy dywan. 
Jakiś czas temu trafiłam na stronę Dywany Łuszczów, gdzie zachwyciłam się wyborem, jaki oferują.
Jest spory i każdy znajdzie tam coś dla siebie, przez klasykę, po nowoczesność.
Od razu przyciągnął moją uwagę dywan w pasy w wersji black and white.
Prosty i w bardzo skandynawskim duchu. 
Seria Sketch, bo z niej właśnie pochodzi nasz dywan, to dywany klasycznie tkane, miękkie w dotyku i bardzo przyjemne w użytkowaniu.
Wreszcie nie muszę się martwić, że mój synek nie mieści się na dywanie podczas zabawy i leży na chłodnej podłodze. Wybrałam prawie największy rozmiar, który idealnie wkomponował się w całość salonu. Można powiedzieć, że jest w tej chwili głównym elementem. Wygląda bardzo stylowo.

Żeby nie przeładować wnętrza, reszta dodatków jest dość spokojna.
Postawiłam na kilka rzeczy drewnianych, które ocieplają wygląd salonu.
Pojemniki do regału z Ikei wykonał dla mnie Pan Szymon z WoodLovers. Wyglądają genialnie i pomagają zachować porządek.
Do tego decha na stole, drewniane świeczki na komodzie i okrągłe haki na ścianie. 
Za kanapą znalazło się miejsce dla minimalistycznego kwietnika od Bujnie
Postawiłam na proste rozwiązania, które stanowią spójną całość i nadają wnętrzu charakteru.

Z ogromną przyjemnością spędzam teraz czas w salonie. 
Do tego dobra książka i herbata w ulubionej filiżance z House of Rym.
Każdego wieczoru czekam na moment, kiedy nasz maluch zaśnie, a ja będę miała czas tylko dla siebie i będę się rozkoszować tymi zmianami. 
Jest pięknie.








Zrobienie tych zdjęć było pewnym wyczynem.
Tak jak wspominałam, salon jest kiepsko oświetlony, a więc aby wyszło coś sensownego to musi być zdecydowanie słoneczna pogoda. A niestety ostatnimi czasu nie możemy się pochwalić nadmiarem słońca.
Jak tylko zobaczyłam dziś promienie, to od razu złapałam za aparat. Starałam się uchwycić każdy moment, kiedy robiło się jaśniej. 
Mój maluch uznał, że utrudni mi zadanie i wpadał w co drugi kadr, wciskając z radością swoją głowę, rękę, nogę :))) Ostatnio uwielbia pozować do zdjęć, albo podkłada mi jakiś swój samochodzik i mówi "Mamusiu, jeszcze z autkiem zdjęcie zrób" :)


















Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...