środa, 22 listopada 2017

Piękny salon z THE FRAME




Efekt czarnej plamy we wnętrzu. Znacie to? Oczywiście, że znacie. Każdy kto ma telewizor ma taką “plamę” w salonie, sypialni, czy innym pomieszczeniu, gdzie akurat telewizor ma swoje miejsce. Wnętrza dopracowane co do najmniejszego szczegółu, dobrane kolory, dodatki, kształty...i ta jedna czarna plama, którą nie wiadomo jak schować. Moda na szafy przeznaczone na telewizory jakoś niezbyt do mnie przemawia, choć niejedna osoba właśnie w ten sposób pozbywała się niechcianego elementu z pomieszczenia. Ja sama miałam z tym ogromny problem. Ci z Was, którzy wpadają regularnie, doskonale wiedzą jak wygląda nasz salon. Ale pomyślcie ile razy pojawił się kąt z telewizorem? No tak, zaledwie na kilku ujęciach i to w taki sposób, aby zbytnio nie rzucał się w oczy. A gdyby tak telewizor mógł sam w sobie być ozdobą? Nierealne? Otóż nie.
Firma Samsung wprowadziła właśnie na nasz rynek nowość - telewizor Samsung THE FRAME. Dzięki zaproszeniu Samsung Polska miałam okazję być na premierze tego innowacyjnego sprzętu.

THE FRAME to pierwszy taki telewizor, który można zamienić w dzieło sztuki. Może wyświetlać zdjęcia i obrazy, jakich tylko zapragniecie. Jest on wyposażony w tzw. Art Mode, czyli tryb sztuka. Wystarczy naciśnięcie jednego przycisku na pilocie i Wasz telewizor zamienia się w obraz i staje się najprawdziwszą ozdobą wnętrza. Możecie wybrać jeden z kilkunastu gotowych obrazów, znajdujących się w galerii czy też kupić dodatkowe w Art Store lub też samodzielnie wgrać własne zdjęcia. Dzięki temu możecie stworzyć na ścianie fantastyczną galerię. A wszystko to jest banalnie proste - wystarczy aplikacja na smartfonie lub użycie pamięci USB. Sam sposób wyświetlania obrazów też możecie spersonalizować poprzez ustawienia passe-partout i jego kolorystyki.

Nie tylko zawartość THE FRAME można zmieniać. Dzięki wymiennym ramkom można zmienić wygląd samego telewizora. Samsung ma w ofercie trzy różne kolory ramek, które możecie dokupić: orzech, beżowe drewno i biały. Montaż tych ramek jest niesamowicie prosty, gdyż przyczepia się je do telewizora za pomocą magnesów.

Kolejną nowością w jaką został wyposażony THE FRAME jest sensor jasności. W zależności od oświetlenia pomieszczenia, czujnik światła automatycznie dopasowuje jasność ekranu i odcienie kolorów, by efekt był jak najbardziej naturalny. Wiecie, że telewizor potrafi również wyczuć naszą obecność? Dzięki czujnikowi ruchu ekran wyłącza się, aby zaoszczędzić energię, kiedy opuszczamy pomieszczenie. Sprytne prawda?

Od jakiegoś czasu stałam się i ja szczęśliwą posiadaczką tego wspaniałego telewizora. I powiem Wam, że jestem zachwycona. Do tej pory żaden sprzęt nie był w stanie wzbudzić moich emocji w taki sposób, bo też żaden nie był w stanie powalić mnie swoim wyglądem, aż do teraz. Poza tym, że jako sam telewizor pod względem technicznym jest świetny, to idealnie pasuje do naszego wnętrza. Salon bardzo zyskał na wyglądzie. Wszystkie elementy są teraz spójne ze sobą i cieszą oko. Uważam, że THE FRAME nie ma sobie równych i zostanie doceniony nie tylko przez takich wnętrzarskich maniaków jak ja, ale przez wszystkich którzy cenią sobie piękno, klasę i sztukę.




Tekst powstał we współpracy z Samsung Polska.












piątek, 10 listopada 2017

Hygge po polsku




Hygge nigdy dość. Jesienią zwłaszcza. To właśnie teraz zaczyna się sezon na ciepłe swetry, gorącą herbatę, świece i wszelkiej maści światełka. Pierwszy raz poznałam termin hygge rok temu, kiedy w moje ręce trafiła książka Marie Tourell Soderberg. Książka Marie bardzo przypadła mi do gustu i znalazłam w niej wspaniały klimat, z przyjemnością zatapiając się w jej lekturze. Stała się ona szybko bestsellerem, choć znam też opinie części osób, które twierdziły że to takie opowieści o niczym. Tak właściwie opowiadanie o hygge trochę takie jest. Nie odkryjecie większej filozofii, jeśli przeczytacie o roli świec w naszym domu, czy siedzenia pod grubym kocem i popijania gorącej herbaty. Ale nie o to w tym chodzi. Dla mnie cała sprawa z hygge opiera się na "wrażeniu", na klimacie, czymś co trudno zdefiniować. Dla mnie sprowadza się to do jednych i tych samych odczuć, jakimi będą: błogość, radość, spokój, poczucie bezpieczeństwa. Mimo, że samo pojęcie hygge jest typowo skandynawskie, to czytając o nim po raz pierwszy od razu stwierdziłam, że nie jest mi obce. To co wyrażają Skandynawowie poprzez to jedno słowo istnieje wszędzie, tylko każdy odbiera to na swój sposób. 

Hygge w Polsce? Czemu nie? Iza Wojnowska postanowiła napisać o tym w swojej książce "Hygge po polsku", która to powstała we współpracy z Marie Tourell Soderberg. W odbiorze obie te książki są do siebie bardzo podobne, przy czym polska wersja jest to właściwie wyjątkowa kolekcja opowieści, chwil i doznań. 

Siedząc z tą książką czuję się jakbym siedziała z jej bohaterami i słuchała, jak dzielą się ze mną swoimi wspomnieniami. Bardzo lubię słuchać takich historii. Też mam takie hygge chwile w swojej pamięci, które skrzętnie pielęgnuję. Dają mi one poczucie ciepła i bezpieczeństwa. Czasem sprawiają, że łezka się w oku zakręci. Nadal kolekcjonuję takie momenty, dla siebie i dla swojej rodziny. Uwielbiam czuć tę błogość chwili, kiedy siedzimy z moim maluchem pod kocem i oglądamy już po raz enty tę samą bajkę. Uwielbiam zapach ciasta czekoladowego, na które każdy czeka, aby tylko wyskoczyło z pieca. Uwielbiam szum drzew w lesie na wsi, który sprawia, że się zupełnie wyciszam i oddalam od siebie wszystkie troski. Co raz częściej potrafię dostrzec drobne momenty, które są bardzo hygge i bardzo się z tego cieszę, bo daje mi to coś co jest w życiu bardzo ważne.













niedziela, 15 października 2017

Pielęgnacja włosów w stylu botalovers







Jesień w pełni. Z jednej strony tęsknię za słońcem, a z drugiej uwielbiam tę porę roku za ciepłe swetry, grube skarpety, herbatę z miodem i imbirem oraz te przytulne wieczory. Uzupełniłam szafę o kilka ciepłych ubrań i cieszę się jesiennym hygge.

Chociaż jest jedna rzecz, której zdecydowanie nie lubię w czasie jesieni. Wypadające na potęgę włosy. Zawsze pojawia się taki moment, kiedy włosy mówią dość. Zawsze po lecie. Też tak macie? Na domiar tego moje dziecko od zawsze uwielbiało wkładać te swoje chwytne łapki w moją czuprynę. No i oczywiście pojawia się przy tym stały tekst: “Mamusia ma takie piękne włosy i ma ich milion!” Haha. Milion na podłodze chyba.

Tak więc staram się w tej chwili dbać o dietę, bo to najważniejsze. A poza tym jakiś suplement na wzmocnienie zawsze się przyda. Dodatkowo ostatnio trafił do mnie zestaw z nowej linii Botanicals Fresh Care - seria z kolendrą, która jest przeznaczona do osłabionych włosów. W skład linii wchodzą szampon pielęgnacyjny, balsam pielęgnacyjny, maska rewitalizująca oraz eliksir wzmacniający. Botanicals Fresh Care to pierwsza luksusowa seria do pielęgnacji włosów od L’Oreal Paris. Linia bazuje na naturalnych składnikach, co jest jej dużym atutem. Kosmetyki mają bardzo przyjemną konsystencję i zmysłowe zapachy, a jednocześnie są pozbawione parabenów, silikonów i sztucznych barwników. Zwracacie na to uwagę? Ja tak. Jestem fanką przede wszystkim naturalnych kosmetyków, a jeśli już skład musi opierać się na czymś poza, to uważam aby kosmetyki były pozbawione pewne szkodliwych “dodatków”. Silikony np. zostały zastąpione głównie mieszanką oleju sojowego i kokosowego i to właśnie ona pomaga uzyskać miękkość włosów. Rośliny, które znajdują się w składzie Botanicals, są pieczołowicie wybrane ze względu na ich właściwości, ale są także dobierane pod kątem ich pochodzenia z upraw przyjaznych środowisku.
Bardzo spodobały mi się też opakowania z tej linii. W miarę minimalistyczne i dość eleganckie. Wyglądają bardzo miło dla oka i też fajnie prezentują się we wnętrzu. Trochę na wzór starych aptecznych buteleczek z ciemnego szkła. Te co prawda nie są szklane, ale większość z nich zrobiona jest z materiału, który w 100% pochodzi z recyklingu. Taki ciemny kolor opakowań również lepiej chroni zawartość przed czynnikami zewnętrznymi.

Mam nadzieję, że przy kompleksowym działaniu trochę poprawię kondycję swojej czupryny :) Tylko jednego czynnika nie jestem w stanie wyeliminować...tych małych ciągnących łapek :) Jakieś rady w tej kwestii?






wtorek, 5 września 2017

Rzeczozmęczenie




Dziś tak nietypowo zacznę od kilku pytań, na które mam nadzieję szczerze odpowiecie. Czy przedmioty, które posiadacie sprawiają Wam radość, czy też sprawiają że czujecie się zestresowani? Czy w Waszych domach wszystko jest na swoich miejscach, czy też macie takie pomieszczenia, lub punkty w domu gdzie gromadzicie wszystko co niepotrzebne i robią się z tego swoiste rupieciarnie, wymagające gruntownego uporządkowania? Gdy ktoś z domowników przynosi nową rzecz do domu cieszycie się, czy myślicie "Gdzie my to upchniemy?"? Czy posiadacie w domu tylko rzeczy, których regularnie używacie, czy też są tam takie, które "kiedyś z pewnością się przydadzą, albo kiedyś je włożycie"? Czy w Waszych szufladach panuje ład, czy może w momencie rozsunięcia wszystko samo wyskakuje?
Jeśli wybieracie raczej tę drugą opcję to najpewniej dopada Was lub też już dopadło tzw. rzeczozmęczenie. Chyba domyślacie się co to takiego? Według książki, która ostatnio wpadła w moje ręce - "Rzeczozmęcznie"Jamesa Wallmana wyd. Insignis - jest to jedno z najbardziej dotkliwych schorzeń współczesności, którego istnienie dopiero zaczynamy sobie uświadamiać. Zamiast czuć się lepiej dzięki przedmiotom, które posiadamy, czujemy się nimi przytłoczeni. Więcej rzeczy zaczyna oznaczać więcej kłopotów, obowiązków, powinności. Więcej zaczyna znaczyć gorzej. Według coraz większej liczby ekspertów i badań, posiadając zbyt wiele i prowadząc życie skupione na gromadzeniu dóbr , zaczynamy odczuwać lęk i stres, co może wpędzić nas nawet w stan depresji.  

Już na samym początku znajdziecie historię pewnego ciekawego eksperymentu. Pewien Amerykanin, o imieniu Nicodemus, postanowił spakować do kartonów i worków absolutnie wszystko co miał w domu. Gdy obudził się w swoim pokoju, poza łóżkiem nie było zupełnie nic - żadnej lampki nocnej, stolika, zdjęć. Było tylko łóżko na którym spał i prześcieradło, którym się przykrywał. Za każdym razem, gdy Nicodemus potrzebował czegoś ze swoich rzeczy musiał wyciągnąć to z kartonu lub worka. Eksperyment był zaplanowany na 21 dni, bo ponoć tyle trwa wyrabianie sobie nowego nawyku. Mężczyzna miał przekonać się ile faktycznie rzeczy naprawdę potrzebuje i czy jest szczęśliwy posiadając ich mniej. 
Ciekawa jestem czy zgodzilibyście się zrobić coś takiego i jeszcze bardziej ciekawa jestem jakie by były tego efekty. Eksperyment brzmi ciekawie, choć przyznam, że ciężko by mi było osobiście się za niego zabrać. A wiecie dlaczego? Zanim spakowałabym wszystkie rzeczy, które mam, to zima by mnie zastała. No cóż, chyba nie jestem wyjątkiem. 

Zastanawiałam się czy blogerka wnętrzarska jest odpowiednią osobą do podejmowania takiego tematu :) Bo kto jak nie my mamy milion kubków, talerzy, poduszek, kocyków, bibelotów wszelkiej maści i w ogóle, pełno wszystkiego. Jesteśmy estetkami, które lubią otaczać się tym co piękne. Lubimy zmiany i często wprowadzamy je do naszych domów. 
Był taki czas, kiedy zachłysnęłam się wszystkimi pięknymi rzeczami, które widziałam tu i tam. Chciałam mieć wszystko i kiedy to "wszystko" zaczęło zapełniać każdy kąt w naszym domu, szybko się okazało że "gdzie ja to zmieszczę". W tej chwili przestałam ślepo dążyć do tego, żeby mieć więcej i więcej, bez żadnej kontroli i opamiętania. Jeśli wydaje się Wam, że ciągle czegoś u nas przybywa, to nie mylicie się :) Pojawiają się zmiany, nowe rzeczy, ale jednocześnie te z których nie korzystam, wybywają z naszego domu. Staram się zrobić raz na pół roku przegląd wszystkiego i zastanawiam się czy nadal jest na to miejsce u nas. Kiedy wchodzę do jakiegoś sklepu to najczęściej w pierwszym momencie piszczę z zachwytu i stwierdzam, że muszę to mieć! A później zastanawiam się jeszcze pięć razy, czy aby na pewno. I wiecie co? Szczerze i bez przesady 3/4 tych moich zachwytów zostaje w sklepie. Mam swoje słabości w postaci roślin, książek i poszewek na poduszki :))) Ale i tak podlegają one w tej chwili selekcji. Ja również zauważyłam, że więcej to wcale nie znaczy lepiej. Nadmiar przytłacza. Powoduje stres co z tym zrobić, gdzie to zmieścić. Czasem czuję ogromną ulgę, że czegoś nie kupiłam, a to co się pojawia wówczas faktycznie cieszy. Choć do idealnego stanu jeszcze mi sporo brakuje. Jeszcze zdarza się chwila zapomnienia i jeszcze mam kilka pudełek, w których znajdują się rzeczy nieużywanie wcale lub zaledwie kilka razy. Całe szczęście teraz to bardziej wyjątki. Less is more! To jest chyba jedna z moich ulubionych zasad. 

Jeśli macie ochotę poczytać o tym temacie, to ta książka powinna Was zainteresować. Może dzięki niej ponownie spojrzycie na wyznawane wartości i skupicie się na tym czego doświadczacie, a nie na tym co posiadacie. Już za kilka dni będzie jej premiera :) I pamiętajcie - przeczytanych książek nigdy za wiele ;) 














wtorek, 29 sierpnia 2017

Jak wprowadzić kolor do wnętrza...czyli żyj kolorowo.


Nowy sezon nadchodzi nieubłaganie. Wszyscy, którzy choć trochę mnie znają wiedzą, że w związku z tym zawsze pojawiają się u nas jakieś zmiany. I tym razem nie może być inaczej. Jest zmiana z nastawieniem na kolor! Nadchodzą jesienne dni, chyba moja ulubiona pora roku, jeśli chodzi o przytulność w domu. W tym czasie mam zamiar odejść od monochromatycznego wnętrza, gdzie panują tylko biel, czerń i szarość. Na tej, bądź co bądź, ulubionej uniwersalnej bazie buduję żywe wnętrze, gdzie kolor jest dość dobrze widoczny. We wspólnym projekcie z IKEA, chciałam Wam pokazać nasz nowy salon. Kto już ma w rękach nowy katalog, który miał premierę kilka dni temu, ten z pewnością zauważył focus na barwne wnętrza. Odejście od białych wnętrz bardzo rzuca się w oczy.

Nowy sezon kojarzy mi się z barwami typowymi dla jesieni - zgaszonym żółtym kolorem, ciemną głęboką zielenią i złotem. Wnętrze, które doskonale znacie zamieniło się z chłodnego i minimalistycznego w ciepłe i przytulne. A zarazem nabrało klasy i elegancji, dzięki odrobinie złota. Mogę powiedzieć, że stało się trochę poważniejsze, ale nadal absolutnie nasze.
I znów w ruch poszły dodatki. Diabeł tkwi w szczegółach. Jeśli chcecie szybko odmienić wnętrze, to nie ma na to lepszego sposobu niż zmiana dodatków i odrobina kreatywności ;) Liczy się pomysł. Czasem zupełnie spontanicznie można stworzyć kompozycję, która będzie robiła efekt WOW!

Jeśli Wasze wnętrza są utrzymane w monochromatycznych kolorach, bo takie do tej pory były trendy, a szukacie zmiany w kierunku koloru, to nie musicie od razu wymieniać wszystkich mebli i malować ścian na kolory tęczy :) Przede wszystkim wyjdźcie od ustalenia kolorów. Zgodnie z Waszymi upodobaniami. Ja mimo wszystko jestem zwolenniczką pewnego ładu kolorystycznego i bałabym się wprowadzić do wnętrza dziesięć barw na raz. Wystarczy, że wybierzecie dwa lub trzy intensywne kolory i połączycie je z jakimś kolorem bazowym (jak dla mnie taką bazą jest zawsze trójca biały-czarny-szary). To połączenie musi się sprawdzić! W taki sposób będziecie mieć zarówno kolor, jak i harmonię i ład. Później podejmijcie decyzję, jakie elementy wystroju chcecie zmienić. Tak jak mówiłam nie musicie od razu wymienić wszystkich mebli i koloru na ścianach. Ale może akurat macie ochotę lub potrzebę na zmianę kanapy, czy stolika, lub ściany wymagają malowania - wówczas możecie bardziej zaszaleć. Jeśli jednak wolicie zmiany o mniejszym formacie, wybierzcie tekstylia i dodatki. Nic tak nie zmieni wnętrza jak nowe tekstylia, uwierzcie mi. Do tego dorzucicie dwa lub trzy nowe dodatki w nowym kolorze i macie nową, świeżą przestrzeń. No i pamiętajcie o zieleni! O tak! Wydaje się, że w wystroju wnętrz rośliny są na szarym końcu, a tak rzeczywiście tworzą one ogromny klimat. I bez dwóch zdań dodają koloru.

Ja na ten sezon wprowadziłam nowe tekstylia, czyli poduchy (tu,tu i tu) i pled w ciepłych barwach (tu). Jest żółty, jest zieleń, jest granat. A wszystko stonowane szarościami i czernią. Do tego kilka złotych dodatków (tu i tu). Złoto u mnie jest absolutnym ewenementem. Chyba pierwszy raz w życiu zastosowałam je we wnętrzu. Trochę się go obawiałam do tej pory, bo coś mi nie grało i miałam wrażenie, że kole w oczy. W tej chwili zdecydowanie jestem na tak. Lekki błysk przygaszonego złota nadaje przytulności i nutę elegancji. Całkiem spontanicznie wpadłam na pomysł stworzenia własnej dekoracji, a mianowicie obrazu. Rzucił mi się w oczy świetny wzór materiału (tu) i od natychmiast chciałam mieć go w formie obrazu. Postanowiłam naciągnąć materiał na duży blejtram, który miałam w domu. Wystarczyło tylko przypiąć tkaninę od spodu i gotowe. Możecie to samo powtórzyć zarówno na blejtramie, jak i w zwykłej ramie, ale opcja pierwsza jest bardziej przestrzenna i lepiej mi się podoba. Dzięki temu macie zupełnie niepowtarzalną dekorację, którą zrobicie niewielkim kosztem i to w ekspresowym tempie. Ogranicza Was tylko Wasza wyobraźnia.
Całość wykończona dużą ilością roślin. Dokupiłam kilka nowych okazów do dotychczasowych. Pojawiło się więc parę sukulentów, zupełna nowość w postaci roślinki o nazwie clusia (tu) i moje marzenie - monstera deliciosa (tu)! Wiecie, że gdy tylko spora dostawa monstery pojawiła się u nas w IKEA, to rozeszła się niczym świeże bułeczki? :) Teraz tylko trzymać kciuki, aby wszystkie przeżyły ;)

Ciekawa jestem jak jest u Was z wprowadzeniem koloru do wnętrza. Kto jest za? :)