sobota, 16 lutego 2013

Dom

Już w domu.
Po najcięższym tygodniu jaki przeżyłam wreszcie jesteśmy w domu.
Maksiu już chyba lepiej się czuje. W tej chwili śpi, a ja zaczynam odczuwać skutki codziennej walki ze zmęczeniem i stresem.

Nie macie nawet pojęcia co się czuje w takiej chwili, a jeśli macie to współczuję z całego serca. Los jest okrutny, gdy doświadcza takie maleństwa.

Okazało się, że nasz Skarb miał wadę wrodzoną. Miał pylorostenozę - jest to zwężenie końcowego odcinka  żołądka. Spowodowało to, że pokarm nie mógł przechodzić dalej i mały zwracał wszystko. Jeszcze w piątek rozmawiałam z położną i wyglądało to na zwykłe przekarmienie (wg niej, ja miałam inne przeczucie). Kazała poczekać do poniedziałku. Przez weekend sytuacja jednak się pogorszyła, a w poniedziałek była już dramatyczna. Mały się odwodnił, zaczął przelatywać przez ręce, zapadło mu się ciemię i ogólnie wyglądał strasznie źle. Pobiegłam do lekarza i dostaliśmy skierowanie do szpitala.
Jeszcze tam mieliśmy nadzieję, że to tylko jakiś wirus i stąd wymioty. Jednak gdy wysłali mnie z małym na usg i usłyszałam, że czeka go operacja to nogi się ugięły.

Bartek pojechał szybko do domu, żeby mi przywieźć rzeczy do pobytu nocnego z Maksiem. A ja w tym czasie byłam świadkiem dramatu, jaki przeżywał mój synek. Serce mi pękało, kiedy pielęgniarki próbowały mu na wszelkie sposoby pobrać krew, lecz ze względu na odwodnienie było to strasznie trudne. Udało się po drugim wkłuciu w główkę. Tak strasznie krzyczał, a ja nie mogłam nic zrobić.

Początkowo mówiono nam, że operacja będzie na drugi dzień. Zdecydowali jednak, że nie będą czekać. O 22 zawiozłam Maksia przed blok operacyjny razem z pielęgniarką. Dali mi go jeszcze do ucałowania i nie pozwolili już iść dalej. Wtedy jeszcze się trzymałam. Ale kiedy weszłam do pustej sali wszystko pękło. Nie mogłam powstrzymać łez. Nigdy w życiu tak się nie bałam. Jeszcze w piątek rano Maksiu tak pięknie się do mnie uśmiechnął, tak jak jeszcze nigdy, a w poniedziałek leżał na stole operacyjnym. Bałam się, że już nie zobaczę tego uśmiechu. 
Każdego dnia walczyliśmy oboje. Ja walczyłam o laktację. Mały musiał mieć wprowadzony secjalny system karmienia przez całą dobę. Laktacja mi zanikała i udało mi się ledwo nazbierać pokarmu, żeby starczyło do schematu. Mam nadzieję, że mleko wróci. Teraz już mam małego pomocnika :) Maluch jest znów na piersi, no ale ze względu na duże braki mleka muszę go dokarmiać.

Nawet nie wiecie jak dobijające są takie oddziały. Płacz maleńkich dzieci, kołysanki mam dobiegające z malutkich sal, krzyk "Mamo, boli" - dramat.

Teraz już wszystko idzie w dobrym kierunku. 
Mam nadzieję, że szybko zapomnimy o wszystkim. Chociaż Maksiu, bo mi chyba nigdy się nie uda.

Kochane dziękuję za wsparcie.
I miejcie ku przestrodze naszą historię. Ta przypadłość ujawnia się głównie około 6 tyg. ale jeśli nawet nie to, to miejcie na uwadze wymioty. Przekonałam się jak szybko zdrowe dziecko może zacząć gasnąć w oczach.

Ściskam Was serdecznie. 
Mój Maksiu też.

8 komentarzy:

  1. Straszna historia, trzymajcie się, dużo zdrówka dla malucha i dla was.

    OdpowiedzUsuń
  2. Aniu , po ostatnim wpisie zaglądałam tu z mocno bijącym sercem , choć się w zasadzie nie znamy to bardzo niepokoiłam się o Twojego Maksia . Cieszą się że już po wszystkim i że się odezwałaś no i życzę szybkiego powrotu do zdrowia dla syneczka i Tobie kochana przesyłam dużo pozytywnej energii :)
    Trzymajcie się :)))

    OdpowiedzUsuń
  3. Strasznie się ciesze że już jest lepiej, oby maluszek jak najszybciej wrócił do zdrówka, pozdrowienia dla Was:)

    OdpowiedzUsuń
  4. kochana mam łzy w oczach , gdy to czytam... musieliście przechodzić piekło. myślami byłam z Wami. cieszę się, żę operacja się powiodła... trzymam kciuki, aby już nigdy nie spotkało Was nic podobnego. ucałuj Maksia... buziaki:*

    OdpowiedzUsuń
  5. Zajrzałam by sprawdzić czy już wszystko w porządku, cieszę się, że jesteście w domu i mam nadzieję, że to co się stało jest już daleko za Wami. To co dziś przeczytałam na Twojej werandzie doprowadziło mnie do łez, nie wiem czy dopóki sama nie zostałam mamą tak głęboko trafiały do mnie takie historie. Trudno mi sobie nawet wyobrazić przez co przeszliście. Pozdrawiam Was ciepło. Buziaczki także od mojego Syna Pierworodnego.

    OdpowiedzUsuń
  6. Jestem tutaj pierwszy raz, trafiłam na wpis który niesamowicie mnie poruszył, łezki mi stanęły w oczach. Nie jestem Matką, mogę się jedynie domyślać,co czujesz, co przeszliście. Życzę Wam wszystkiego dobrego, oby Maksiu czuł się teraz tylko coraz lepiej. Tego Wam życzę z całego serca!

    OdpowiedzUsuń
  7. pieprzona polozna,przeciez dla malego dziecka kilka godzin to wieki,a ona glupia kazala czekac do poniedzialku!!!!
    ciekawe,jaka mine teraz by miala? krówsko!!!!

    OdpowiedzUsuń
  8. Szymon miał 3tygodnie jak trafił do szpitala z tym samym podejzeniem. A że u nas nie operują dzieci a na Cieszyn był za mały czekaliśmy 1,5 h na karetkę która zabierze jego do centrum zdrowia dziecka...nic gorszego nir przeżyłam jak jazda szymka autem za karetka w której nie mogłam być..a gdy mąż włączył radio by zabić ta ciszę akurat leciała Szymona piosenka która jako pierwsza usłyszał po porodzie ' z filmu. hobbit I See Fire' coś strasznego.. Dzięki Bogu był to rotawirus..nawet nie mogliśmy go wcześniej zaszczepić bo za mały. Z synem mogłam się widywać raz dziennie na 15 min.Jednego dnia mogliśmy oboje z mężem..na drugi dzień tylko jedna osoba..na trzeci tylko matka.
    Codziennie sama przemierzalam tyle km by móc na niego popatrzeć ta chwilkę... Obecnie ma 8 mies i 3 wizyty w szpitalach każda łamie mnie tak samo psychicznie.
    Wiem z postów ze u was już daaaawno ok buziaki :-*

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...