niedziela, 25 października 2015

W jesiennym klimacie...



Hej kochani. Znów dłuższa przerwa...chorobowa. Anginy, jelitówki i inne cuda przetoczyły się przez nasz dom. Ale nie mówmy o tym, bo temat staje się powoli nudny, a i muszę przyznać, że zaczyna mnie irytować ta kwestia...chyba limit mojej wyrozumiałości dla chorób się wyczerpał.

Mamy piękną złotąjesień. Wszedzie pełno ciepłych kolorów. Złote, żółte, pomarańczowe drzewa. Piękne parkowe alejki. W domu ciepła herbata i koc. Uwielbiam! Jest w tym wszystkim magia, której próżno szukać podczas innych miesięcy.

Kiedyś trafiłam w sklepie na fantastyczne Cytrynki z rumem i cynamonem. Świetny dodatek do herbaty. Planuję jakąś małą produkcję tego specyfiku, bo tak mi posmakował, że już słoiczek prawie pusty. Przepis na nie banalnie prosty:

  • - cytryna
  • - cukier 3/4 szklanki
  • - rum 1/3 filiżanki
  • - laska cynamonu
Cytrynę dokładnie szorujemy i kroimy na cienkie plasterki, układamy w słoiczku, podsypujemy cukrem. wstrząsamy lekko słoiczkiem, żeby cukier opadał. Zalewamy rumem. Wkładamy z boku laskę cynamonu. Zamykamy wieczko i mocno wstrząsamy. Powtarzamy tę czynność co jakiś czas aż cukier się rozpuści i wtedy ewentualnie dodajemy jeszcze trochę cukru, żeby uzyskać konstystencję syropu. Gotowe jest po całkowitym rozpuszczeniu cukru.


Polecam Wam, bo są pyszne! Ok, a teraz zostawiam Was ze zdjęciami :) p.s. wreszcie dorwałam piękne dekoracyjne dyńki, w tym baby-boo. 











Na zdjęciach:
- świeczniki: Czary z drewna
- kubek, wazon: Pepco
- poduszka z jeleniem, pościel: Westwing
- taca, poszewki w trójkąty: DIY
- plakat: SNUG Studio - sklep Kapibara




Uściski,
Ania








wtorek, 6 października 2015

Nasz pierwszy miesiąc w przedszkolu



Wrześień już za nami, a więc jesteśmy po pierwszym miesiącu w przedszkolu.

U nas było różnie. Choć muszę przyznać, że mały większość września przechorował...był jedynie 8 dni w poprzednim miesiącu. Na początku były histerie. Serce mi pękało i łzy stawały w oczach, kiedy tylko zamykałam za nim drzwi od sali. Zamartwiałam się czy uda mu się coś zjeść, czy będzie tylko płakał. Ale każdy kolejny dzień był lepszy. Jakiś mały sukces się pojawiał. Kiedy widziałam, że wychodzi z sali obrudzony barszczem to cieszyłam się jak szalona...bo to oznaczało, że coś jadł, a przynajmniej spróbował. Każda opowieść o tym jak bawił się autkiem, podnosiła mnie na duchu. 
Kiedy rozchorował się drugi raz byłam przejęta tym , że znów na 2 tygodnie zostanie w domu i cały wysiłek w adaptację w nowym miejscu najzwyczajniej w świecie szlag trafi. Ale nie było źle po powrocie. Okazało się, że w jednym dniu wcale nie płakał. Skakałam z radości. I nawet usłyszałam, że on nie chce do domu, tylko chce wrócić do przedszkola :) Zaskoczył mnie tym niesamowicie.
Trochę nam pokrzyżowało plany kolejne przeziębienie (swoją drogą to jakaś zmora z tym chorowaniem). Ale wczoraj poszedł bez problemu, dziś generalnie też. Owszem zdarza mu się nadal pomarudzić, że nie chce, że coś tam...ale już nie wpada w histerię.

Staram się go wspierać w tym wszystkim jak tylko mogę, bo ten początek jest ciężki. Dałam sobie spokój z wciskaniem mu kitu, żeby nie płakał bo będzie fantastycznie. Nie chcę, żeby miślał że fantastycznym jest to, że się boi i płacze. Cały czas mu powtarzam, że to jest jego czas na zabawę, na poznawanie się z dziećmi. Umawiamy się, że po przedszkolu zawsze wchodzimy do sklepu obok, aby kupić soczek. Taki malutki rytuał, ale widzę że to jakoś mu pomaga. Zawsze rano powtarza "Mama przyjdzie i pójdziemy kupić kubusia". Czasem mu obiecuję, że wrócimy do domu autobusem, innym razem rowerkiem. I zawsze pilnuję, żeby dotrzymać słowa. Jeśli obiecam, że będę po obiedzie, to pędzę na złamanie karu, żeby zdążyć. Wydaje mi się, że daje mu to jakieś poczucie pewności i bezpieczeństwa. 

A jak u Was? Bardzo jestem ciekawa jak minęły Wasze pierwsze dni.





na zdjęciach: czapka Pocopato


Ściskam Was mocno!
Ania




czwartek, 1 października 2015

O jabłkach


Uwielbiam jesień. To chyba moja ulubiona pora roku. Długie wieczory, przytulne wieczory, ciepła herbata w kubku, miękki pled, światło świec... To wszystko tworzy niepowtarzalny, lekko nostalgiczny nastrój.

Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze jabłka. Bardzo je lubię. Zawsze przepadałam za racuchami robionymi przez moją mamę. Trochę inny przepis na racuchy (z dodatkiem drożdzy), znalazłam w książce Elizy Mórawskiej "O jabłkach". Większość Was zna tę książkę. Ja mam wszystkie, które Eliza napisała i wszystkie darzę taką samą miłością. Są wspaniałe. I co najważniejsze, jeszcze mnie nie zawiodły. A to ważne, bo nie posiadam wybitnego talentu kulinarnego ;).
Mam ambitny plan, aby tej jesieni wypróbować wszystkie jabłkowe przepisy, które są w książce. Haha, będę eksperymentować na bliskich...

A tak poza tym to walczymy z kolejnym przeziębieniem u Maksia...żywot przedszkolaka :( Choć lekarka powiedziałą, żeby go puścić do przedszkola, aby się uodparniał. Szczerze, to mam mieszane uczucia, kiedy widzę jak go kaszle i ma gluty po sam pas. Z pewnością jutro jeszcze go zostawię w domu, zobaczymy co po weekendzie.















Miłych jesiennych wieczorów! :)
Ania